poniedziałek, 21 września 2015

List do złości
Moja najdroższa Złości!

Są ludzie, którzy mi mówią, że mam Cię nie czuć. Osądzają Cię jakbyś była czymś złym, czego mam się pozbyć. Kiedy Cię doświadczam, sugerują mi, że jestem mściwa i hołubię urazę, – że muszę dać Ci odejść, abym mogła osiągnąć „wewnętrzny spokój” i „uzdrowienie.” Sprawiają oni, że czuję się tak, jakbyś była czymś niewłaściwym, oburzającym – a nawet złem, które zmienia mnie w pamiętliwego potwora.

Nie chcą słyszeć o Tobie ani o tym, dlaczego jestem wściekła. Nie interesuje ich to, co czuję. Zamiast tego udzielają mi rad i pouczeń. Boją się słuchać Cię i rozumieć, skąd pochodzisz i czego dotyczysz, więc potępiają Cię jak się zjawiasz, w nich lub w ich zasięgu, wierząc, że to rozwiązuje problem, o którym chcesz ich zawiadomić.

W moim dzieciństwie toczyła się zażarta wojna przeciw Tobie, którą wypowiedzieli moi rodzice. Zmusiło mnie to do odcięcia Cię od mojej duszy i wykluczenia z repertuaru emocji. Później prowadziłam już tę wojnę sama, chcąc być tak dobra i przebaczająca – doskonała – jak tego ode mnie oczekiwano. Od suwało mnie od Ciebie również to, że, na co dzień miałam styczność z moją wiecznie piekląca się matką, a tak odrażająca i odpychająca jak ona nigdy nie chciałam być. Był to, więc kolejny, poważny powód, dlaczego Cię uciszałam. Kosztowało mnie to bóle głowy i inne symptomy, a nawet choroby – lub czułam się wycieńczona, pomieszana, smutna i nie mogłam w nocy spać. Ocięcie się od Ciebie zmieniło mnie w służalczą, uległą niewolnicę bez własnego, prawdziwego głosu; od tej pory nie mogłam przemówić w mojej obronie i nie miałam władzy nad swoim życiem.

Pamiętam jak wyrywałaś się ze mnie różnymi skrytymi drogami, gdy byłam nastolatką: nie będąc Cię świadoma, wycofywałam się w milczenie. Nie odzywałam się do rodziny całymi dniami, wychodząc nieraz do szkoły bez dzień dobry i do widzenia. Później stosowałam tę strategię także w innych związkach, w których zamiast wyrażać swoją opinię, zatrzaskiwałam się w milczeniu – tym samym stanie, jaki wymuszano na mnie w dzieciństwie.

Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego, świadomego i przerażającego spotkania z Tobą… Wspominam je z wielkim smutkiem i wstydem, gdyż stałam się tym, czym zawsze gardzi
łam – wściekłą furią, jak moja matka, kierującą złość przeciw swojemu dziecku. Kiedy to się stało, mój syn miał zaledwie trzy latka, a jego braciszek – rok. Patrzyłam na nich przez okno kuchni, jak bawią się drewnianą huśtawka w ogrodzie. Starszy trzymał ją w górze rękami i nagle puścił tak, że przeszła tuż obok głowy młodszego. Z furią wypadłam z domu i zrobiłam to, przed czym zawsze chciałam moje dzieci uchronić: pobiłam moje starsze dziecko. Chociaż z miejsca zaczęłam szczerze żałować i uklękłam przy nim starając się go ukoić, mój synek, który nigdy nie był bity, płakał przez ponad godzinę, będąc najwyraźniej w szoku i ledwie łapiąc powietrze. Poczułam się zdruzgotana i pokonana w głębi siebie. Podatne na zranienie, bezbronne ciałko mojego syna i jego dopiero kształtująca się dusza zostały przeze mnie straumatyzowane. Jego zaufanie do mnie, matki, załamało się. Płaczę, pisząc to teraz po latach i czując, jak wielkiej dokonałam zdrady zaufania mojego syna, jak i zdrady moich wartości.

Stałam się oprawcą, ponieważ zapomniałam i „przebaczyłam” moim rodzicom nadużycia, jakich na mnie dokonali w dzieciństwie. Skierowałam swoją dawną, zignorowaną i spętaną wściekłość i nienawiść, należną moim oprawcom, przeciw własnemu, bezradnemu dziecku. Poszłam za ich przykładem, używając przemocy i złości do zamordowania uczuć – zarówno mojego syna jak i moich własnych, stłumionych w dzieciństwie.

Syn potrzebował zrozumienia i ochrony, a nie przemocowego wybuchu wściekłości, której nigdy nie odważyłam się spojrzeć w twarz. Wulkan niedopuszczonej nigdy złości z dzieciństwa wybuchł i był prawdziwym powodem mojej okrutnej akcji. Gdy miałam najwyżej sześć lat, moje uczucia zostały całkiem zepchnięte na bok. Nie wolno mi było mówić ani o mojej zazdrości, ani o potrzebie zrozumienia i bliskości. Musiałam stać się dorosłą, rezolutną wizytówką rodziny, którą wrobiono w poczucie odpowiedzialności za dobrostan wszystkich innych – poza mną samą.

Tak więc, zbiłam własne dziecko z powodu nieświadomego, uśpionego we mnie bólu i wściekłości, której nigdy nie skierowałam tam, gdzie powinnam: w stronę moich rodziców i niańki. Zbiłam moje dziecko – w taki sam sposób, w jaki uciszano mnie w dzieciństwie – z ignorancji wobec własnych uczuć i cierpień i aby zdusić dawną zazdrość nagromadzoną wskutek zaniedbywania mnie przez rodziców i faworyzowania innych. Zachowanie mojego synka przy huśtawce wyzwoliło ze mnie bolesne uczucia, których nikt nigdy nie wysłuchał, nie zrozumiał i nie ukoił. Niedopuszczony krzyk protestu dziewczynki i jej pragnienie pozbycia się faworyzowanych braci i sióstr, aby mogła być wreszcie blisko rodziców, wyładował się niesprawiedliwie i destrukcyjnie na moim dziecku. Dopiero gdy poszłam na terapię, odkryłam, dlaczego nie mogłam być taką matką, jaką chciałam – współodczuwającą, chroniącą i zdolną spokojnie objaśnić synkowi niebezpieczeństwo puszczania huśtawki i wysłuchać go, jego i jego uczuć.

Ponieważ mimo najmocniejszych postanowień i najlepszych intencji nie udawało mi się być kochającą matką a w relacji małżeńskiej zmagałam się z trudnościami, zdecydowałam się na terapię. Och, moja droga Złości! Ukazałaś mi się wtedy, by oświecić mnie prawdą, jak bardzo bolesne i straszne było moje dzieciństwo i jaką we mnie musiało wzbudzać furię. Uprzytomniłam sobie, że masz moc podsyłania mi wglądów, siły i odwagi do skonfrontowania się z moją przeszłością, do spojrzenia prawdzie w oczy, chronienia siebie, stawiania granic i egzekwowania ich – moc odnajdowania moich potrzeb i wartości i stawania po ich stronie.

Nigdy nie zwykłam myśleć, że jesteś moją Przyjaciółką i że mogę się od Ciebie uczyć. Uważałam Cię za niebezpiecznego wroga, którego muszę zgasić. Tymczasem, wiele się do dziś zdołałam od Ciebie nauczyć! W terapii ożyłaś i ożywiłaś mnie, dzięki akceptacji terapeutki. To było doświadczenie niosące siłę, oświecenie i wolność. Pomogło mi wprowadzić wiele zmian w życiu. Przy tym zdałam sobie sprawę, że mogę zmieniać jedynie samą siebie – nie innych, na przykład moich mężów. Pokazałaś mi, co było dla mnie nie do przyjęcia w moim pierwszym małżeństwie oraz, że mam ludzkie prawo opiekować się sobą z miłością i spełniać swoje potrzeby. Pozwoliłaś tej świadomości powoli wzrastać, aż stała się moją wewnętrzną rzeczywistością. W miarę, jak łapałam kontakt z moimi potrzebami, gromadziłam siłę do podjęcia najistotniejszej dla mnie decyzji – do opuszczenia tego związku. Nauczyłaś mnie także, że jeśli zbuntuję się przeciw zakłamaniu i lekom uspokajającym (trankwilizatorom), i odstawię je, mogę stać się inną, dzielniejszą, bardziej wyzwoloną i zrównoważoną matką.

W tamtym okresie zrozumiałam jak wielka jest Twoja siła uzdrawiania. Przypominam sobie jedną z sesji z moim pierwszym terapeutą, parę lat po tym, jak ukończyliśmy naszą wstępną pracę. Wkrótce po zbudowaniu trwałej relacji terapeutycznej dostałam swędzenia w gardle – wyskoczył mi brzydki, zaogniony rumień i utrzymywał się tygodniami. Próbowałam każdego możliwego leczenia i nic. Rumień zniknął dopiero, gdy pozwoliłam Ci, moja Złości, wyrazić się, – gdy napisałam pełen nienawiści list do terapeuty, którego nie wysłałam, lecz który uwolnił mnóstwo pełnych wściekłości pytań, zwłaszcza dotyczących tego, czemu tak długo tkwiłam w trudnym, dławiącym dla mnie małżeństwie. Po tym, jak się wyprowadziłam i zaczęłam żyć własnym życiem, rumień powracał jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem usuwało go tylko pisanie listów do terapeuty, i do nikogo innego. Od tego czasu rumień nigdy już nie powrócił. Być może poczułaś się zrozumiana i wysłuchana po tym, jak wysłałam ostatni z litów. Mój terapeuta odpisał mi w tonie współczucia, żalu i smutku.

Pokazałaś mi także drogę ewakuacyjną z mojego drugiego małżeństwa, w którym zostałam złapana w inny powstały w moim dzieciństwie labirynt. Dostrzegłam go również dzięki tobie. Przede wszystkim jednak, dałaś mi zdolność odczucia i skonfrontowania się z nadużyciami dokonanymi na mnie przez niańkę i z jej postawą wobec mnie. Dopóki nie przemówiłaś, ciągle ją idealizowałam, gdyż osoba ta przez sześć lat mieszkała ze mną niczym matka. Odeszła, jak miałam siedem lat. Olbrzymi, spowodowany rozdzierającą separacją ból, który tak często wypływał na sesjach w terapii sprawiał, że nie potrafiłam dostrzec prawdy na temat mojej niańki. Drogocenna fizyczna bliskość między nami – bliskość pogardzana, potępiana i niepraktykowana przez moją matkę – kazała mi w dzieciństwie wierzyć, że niańka mnie naprawdę kocha. Mała dziewczynka we mnie desperacko uczepiła się tego przekonania, tak samo jak uczepiła się przekonania, że kocha mnie mój pierwszy mąż. W efekcie, nawet w terapii umykało mi, jak okrutna była dla mnie ta osoba – jak bezlitośnie mnie biła i jak bezwzględnie porzuciła, nie odwiedzając mnie ani razu po tym, jak odeszła. Zamknęłam szczelnie oczy na te doświadczenia z nią i dopiero załamanie mojego drugiego małżeństwa zerwało mi tę kurtynę sprzed oczu, po ponad pięćdziesięciu latach życia.

Po odseparowaniu się od drugiego męża, pokazałaś się jako ból w moim lewym biodrze – w miejscu, w które w dzieciństwie byłam bita najczęściej, nie tylko ręką, ale też ramiączkiem do ubrań i trzepaczką do dywanów, zostawiającymi rany. Pokazałaś mi nie tylko, jaką torturą było to dla tej dziewczynki, ale i jak bardzo ją ujarzmiło, czyniąc poddaną i sprawiając, że już jako dorosła nadal poddańczo dostosowywałam się do ukochanego człowieka. Dałaś mi siłę ujrzenia konsekwencji okrucieństwa mojej niańki i moich rodziców. Każdy ich sadystyczny atak, każda podła niesprawiedliwość, rodziła we mnie rozdzierający ból, terror, poczucie winy, osamotnienie i strach, wtrącające dziecko, jakim byłam w przekonanie, że jest do szpiku złe, winne, niezasługujące – i że na nim i tylko na nim spoczywa ciężar odpracowania win poprzez bycie uległym i spełnianie oczekiwań, wymagań i rozkazów innych ludzi. Gdy skontaktowałam się z bólem w biodrze, pozwoliłaś mi zobaczyć, jak okrutni byli wobec mnie moi bliscy i jak to ich okrucieństwo wzmagało moją uległość. Mogłaś wreszcie wykrzyczeć swój protest i bunt przeciwko wyidealizowanej niani. Dzięki temu zobaczyłam i porzuciłam służalczą rolę kogoś zaspokajającego innych swoim kosztem, do której zostałam wdrożona w dzieciństwie. Ty z pewnością nie chcesz, abym była niewolnicą bez własnych potrzeb, bez głosu, bez zaznawania szacunku i bycia kochaną. Dzięki Ci, droga Złości!

Po rozwodzie opuścił mnie ból w biodrze, ale gdy zaprosiłam do siebie myśl o ponownym zejściu się z drugim mężem, ból pojawił się w innym miejscu, w lewym barku. Jest to miejsce, które w dzieciństwie zaznawało szarpania i żelaznego uścisku w chwilach, gdy byłam pouczana i gdy krzyczano na mnie. Ból ten pokazał mi, jak bardzo jako dziecko zostałam zahamowana w rozwoju poprzez wściekłą, arogancką „nieomylność” moich opiekunów. Kłamstwa, jakich słuchała ta dziewczynka, zmusiły ją do milczenia i uległości. Poprzez ten ból w barku ostrzegłaś mnie, abym nie była miła dla ludzi, którzy są ślepi i głusi na moje uczucia i potrzeby. Opowiedziałaś mi, w jaki sposób niańka, rodzice, mężowie – nawet terapeuci – potrafili mnie uwiązać do swoich złudzeń i kłamstw, oraz jak mogli rozciągnąć nade mną władzę i posiąść mnie na własność wykorzystując mojego ducha, hojność i energię życia.

Pełne furii i przemocy wybuchy opiekunów, jakie musiałam znosić w dzieciństwie, zahamowały mnie w rozwoju, pozbawiając wolnej woli i energii życia. W miarę, jak słuchałam swojego bólu, Ty dochodziłaś do głosu, droga Złości, aż podcinający siły przymus stał się dla mnie jasny – aż ukazała mi się moja kompulsja bycia miłą za wszelką cenę i naprawiania wszystkiego – zwłaszcza, kiedy inni mnie ranili, okłamywali, zwodzili, zdradzali, traktując bez miłości i szacunku, bez żalu i wyrzutów sumienia, bez chęci zrozumienia i wglądu. Moja mała dziewczynka potrzebowała tylko móc czuć się bezpieczna i wierzyć, że jest kochana. Nie mogła zdać sobie sprawy z tego, jak źle jest traktowana, więc jej jedynym celem stało się wprowadzanie harmonii, by odzyskać „obrą” nianię lub matkę, która by jej NIE przerażała.

Ta dawna dziecięca tęsknota chciała mnie teraz złączyć na nowo z aroganckim, nieokazującym uczuć mężem, który wykorzystywał moją dającą, służącą jego potrzebom postawę do momentu, aż przestała go urządzać moja choroba wywołana stresem, uniemożliwiając mi bycie na każde jego życzenie. Musiałam zobaczyć w nim egoistycznego człowieka, który mną manipulował i szukał nade mną kontroli. Musiałam stanąć przed faktem, że wpadłam znów w potrzask z dzieciństwa. To Ty, moja droga Złości, uczyniłaś tę prawdę widoczną dla mnie – pokazałaś mi, w jaki sposób horrory z przeszłości zaprogramowały mnie na zaznawanie i tolerowanie nadużyć.

To, czym się ze mną dzieliłaś, staje się moją świadomą wiedzą - wsiąka we mnie, dając bezcenne informacji i rozjaśniając fakty. Ty nie chcesz, bym była bezosobowym dawaczem, który jest wykorzystywany i traktowany bez respektu, miłości, brania pod uwagę i troski. Dziękuję Ci, że odkryłaś te prawdy przede mną!

Zastanawiałam się często, dlaczego doznajesz tak wiele odrzucenia, oporu i potępiania? Dlaczego, pod słońcem, zostałaś mi dana? To jasne, że musiał być wyraźny powód, tak jak w przypadku moich wszystkich uczuć. Mam je dla ochrony przed ranieniem i zaznawaniem szkód, dla obrony mojej integralności, zdrowia i życia. Uczucia i moje prawdziwe potrzeby czynią mnie osobą niepowtarzalną, szczególną, tworzą moje prawdziwe ja. Czuwają na tym, bym zaznawała spełnienia. Ty, więc z pewnością masz się pokazywać i masz wielkie znaczenie jako autentyczna, najwartościowsza reakcja mojego organizmu, jako prawdziwe moje uczucie, które objawia mi tajemnice. Dlaczego więc ludzie tak szorstko Cię osądzają?

Potępianie Cię zaczęło się już w moim wczesnym dzieciństwie, kiedy Ty, moja droga Złości, zostałaś naznaczona etykietką przestępstwa i postawiona w stan permanentnego oskarżenia. Wściekłość była jedyną i wyłączną własnością moich rodziców i innych osób w pozycji autorytetu. Uczono mnie, że Bóg „śledzi wszystko,” wtrąca do piekła, sprawuje „sąd ostateczny” i karze swym zaciekłym, pełnym furii gniewem. Każdy dzień mojego dzieciństwa pełen był „sądów ostatecznych,” które skazywały mnie na potępieńczy ogień poczucia winy, lęków i wstydu za moją „wrodzoną złośliwość.” Taki Bóg wydawał się jak super-rodzic – wszechpotężne przedłużenie i tak wszechmocnej władzy rodzicielskiej nade mną. Bałam się Go tak, jak bałam się biblijnych, zastraszających i onieśmielających przekazów. Chociaż Jezus potępiał tych, co „zgorszą choć jedno z tych niewinnych” maleństw i uczył, że nie może wejść do Królestwa Niebieskiego nikt, kto nie stanie się na nowo dzieckiem, nie wpływało wcale na raniący, degradujący sposób wychowywania mnie.

Bóg i rodzice współpracowali ze sobą. Należeli do klasy wybranej, której wolno było czuć i wyrażać złość w każdy sposób, kierując ją przeciw bezbronnym. Bracia, siostry i ja byliśmy wszyscy stałymi jej odbiorcami. Nigdy nie widziałam moich rodziców złoszczących się na ich własnych rodziców, ani na Boga, ani na ważne autorytety. Bóg bardzo ich przypominał: miał nieograniczona władzę i używał jej do prześladowania każdego, kto wzbudzał Jego niezadowolenie i oczywiście był słabszy.

Wypowiedziana mi za pomocą złości wojna zaczęła się zanim jeszcze poznałam słowa i otrzymałam jakąkolwiek samoświadomość. Matka stosowała wobec mnie przemoc, gdy byłam jeszcze niemowlęciem, nie miałam jeszcze roczku, sama mi później o tym mówiła. Napawa mnie przerażeniem myśl, co tak wczesna przemoc czyniła z moim małym, delikatnym ciałkiem, jak strasznie musiała mnie przerażać w obliczu mojej całkowitej słabości i zależności, jaką torturą psychiczną musiał być ów ciągły terror, ból i lęk przed jeszcze większym bólem. To małe ciało nie mogło uciec, ani ochronić się w żaden sposób, nie byłam zdolna sformułować żadnych słów ani myśli, nie miałam świadomości, by móc cokolwiek przeprocesować. To bezbronne ciałko tyranizowane i zżerane przez druzgoczące, okaleczające uczucia, mogło jedynie odczuwać. „Czuję, więc jestem” – tak przedstawiają się początki ziemskiego życia. Jak zrozpaczona musiała czuć się moja dziecięca egzystencja, jak beznadziejne były jej próby rozeznania, dlaczego jest bita, jak dewastująca niemożność zmienienia strasznej rzeczywistości… Doświadczanie złości innych nie podlegało dyskusji. W konfrontacji z przemocową wolą rodziców, jej własna złość została zamordowana i stłumiona jeszcze w kołysce. Nie miałam szansy zrozumieć, co powinnam robić, by uniknąć tej wściekłości, bicia i zła, które mnie spotykało. Pod koniec pierwszego roku życia spełniłam jednak pierwsze życzenie mojej matki: by dziecko nie moczyło pieluch.

Życie tego niemowlęcia obracało się wokół bycia atakowaną, torturowaną, oskarżaną i wokół prób poradzenia sobie z tymi doświadczeniami. Wskutek działającej w niepojęty sposób komunikacji fizycznej za pomocą bicia, nauczyłam się od wczesnych miesięcy, że moje życie, moje uczucia i moje potrzeby – JA SAMA – nie mam znaczenia. Byłam uważana za rzecz i traktowana jak własność, która ma nie przeszkadzać i nie być ciężarem dla rodziców. Musiałam zużywać całą energię, siłę i witalność na skupianie się na ich wymaganiach. Nie mogłam w spokoju doświadczać siebie, być z sobą i poznawać się. Musiałam zapracowywać na prawo istnienia, zgadując i spełniając życzenia rodziców.

Gdybyśmy ja i Ty, droga Złości, mogły być obok tej maleńkiej dziewczynki, kiedy matka ją atakowała, nasza wściekłość uratowałaby to dziecko; chwyciłybyśmy ją w ramiona i zabrały jak najdalej od owej okrutnej, bezlitosnej kobiety. Matka zapewne wstrząsowo dowiedziałaby się ode mnie, co myślę o niej i jej barbarzyńskiej brutalności. Ciągle się zastanawiam, dlaczego nie było nikogo stojącego po stronie tej maltretowanej osamotnionej dziewczynki? Gdzie był wtedy ojciec, krewni, sąsiedzi, społeczność? Gdzie było państwo i dobry Bóg? I dlaczego wciąż jest legalne takie traktowanie niemowląt i dzieci; dlaczego wciąż publikuje się książki doradzające bicie niemowląt jako dobrą rzecz? To są przecież horrendalne przestępstwa przeciw życiu, człowieczeństwu i całemu rodzajowi ludzkiemu!

Złość była osądzana jako zła tylko w przypadkach, gdy przejawiało ją dziecko; ono nie miało prawa się złościć, tylko autorytety – autorytety, które uciszają Cię ostrym potępieniem, piętnując Cię jako „bunt,” „samowolę,” „nieposłuszeństwo,” „arogancką zuchwałość” czy „nieuzasadnione pretensje.” Złość u dziecka traktowana jest jak przestępstwo, które trzeba karać, oskarżać i zabraniać, podczas gdy moi rodzice i niańka (a jakąż osobę mogli zatrudnić) mogli swobodnie wylewać na mnie kubły nienawiści, nie podlegając nigdy żadnej kontroli ani karze. Ich zdeprawowane, poniżające, pełne przemocy ataki napełniały mnie śmiertelnym strachem i rządziły moim życiem. Zniszczyły moje zaufanie do samej siebie, zabrały mi zdolność właściwego analizowania rzeczywistości.

W obliczu tej przemocy, wyrażającej jedynie złość i nienawiść, byłam przerażona i spanikowana. To jest strasznie chore kłamstwo twierdzić, że przemocą można zarządzać „bez złości,” jak twierdzą orędownicy bicia dzieci, broniąc swego okrucieństwa za pomocą tego bezczelnego przekrętu i zakrywając nim prawdę. W moim dzieciństwie nikt nie mógł pomóc mi zdemaskować oprawców, ich nieludzkości, ani tym bardziej przerwać ich nadużyć. Każdy protest bezbronnej i zależnej od nich dziewczynki ściągał na nią jeszcze większe zagrożenie. Bicie, a później też i straszenie za pomocą lektur, kompletnie mnie sterroryzowało. Kiedy następowała przemoc, chciałam tylko znów poczuć się bezpiecznie i blisko z okrutną osobą, w której nigdy nie mogłam rozpoznać oprawcy. Ponieważ Tobie, moja Złości, nie pozwalano żyć, nie mogłam zobaczyć mojej krzywdy i poczuć się ofiarą. Z mroków rozpaczy i zamętu, a także tęsknoty, by wszystko „było znów dobrze” a relacja sprawiała miłe wrażenie, wyrosło moje potężne uzależnienie od miłości i akceptacji.

Osoby dorosłe niemal nieodwracalnie wrosły w poczucie uprawnienia do swojej złości, które wygodnie usprawiedliwiają kłamstwem: „To dla twojego dobra.” Uwierzyli, że mają dane przez Boga prawo do krytykowania, dołowania, upokarzania, karania, krzyków i wrzasków a nawet bicia dziecka, czym narażają jego bezpieczeństwo fizyczne i psychiczną integralność… Podczas gdy sami nieustannie wentylują swoją wściekłość, zabraniają odczuwania jej i wyrażania dzieciom, nakazując im samokontrolę, wzięcie się w garść i czytając im moralizujące opowiastki. Moi dorośli utrzymywali, że zasługuję na ich okrucieństwa i że popełniane na mnie przestępstwa ich fizycznej i werbalnej przemocy są wyłącznie MOJĄ winą i wynikiem MOICH błędów. Sprzedali mi swoją tyranię w opakowaniu ich uprawnienia do niej – destrukcyjnego kłamstwa wykluczającego jakiekolwiek moje współczucie dla samej siebie, siejąc zamęt tym praniem mózgu. Ustawili się w roli świętych, którzy nie popełniają błędów i są wolni od jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie, własne zachowania i uczucia. Uniemożliwili mi stawanie w życiu po swojej stronie.

Ale gdybym to ja ośmieliła się uderzyć jakieś inne dziecko, zostałabym surowo pouczona czytanką i biciem za ten zły uczynek – wiecznie powtarzającym się złem, które naznaczyło całe moje dzieciństwo i które musiałam znosić codziennie bez szemrania. Jako dziewczynka nie umiałam przejrzeć tej hipokryzji. Nie mogłam zadać sobie pytania: „A kto poucza i karze dorosłych, który biją słabsze, podatne na zranienie istoty? Kto ich bije za ich błędy? I dlaczego te potężne autorytety mają moc i prawo wymyślania, według swoich kaprysów, każdego rodzaju grzechu oraz arbitralnego decydowania o pokucie dla jego naprawy?”

Uczucia i potrzeby dziecka, a szczególnie potrzeba okazywania złości, ogłoszone są grzechami śmiertelnymi. Moi rodzice i niańka stale łamali głowy nad wymyślaniem sposobów podejścia mnie i przyłapania na czymś, za co mogliby mnie obwinić i ukarać, żadne z nich jednak nie zadało sobie trudu wysłuchania tej dziewczynki, zrozumienia jej i zatroszczenia się o jej dobro. W jaki sposób dziecko miałoby znaleźć przejście przez labirynt chytrej gry potężnych, oprawczych mocy – przetrwać w niebezpiecznej i chorej psychicznie machinie znęcania się i nadużywania władzy?

Moim sposobem na przetrwanie w dzieciństwie stało się przebaczanie doznawanych krzywd bez ich rozpoznania i oprotestowania. Nie miałam innej drogi niż dźwiganie na grzbiecie niesłusznej winy i kłanianie się kłamstwom, manipulacjom i przemocy. Dorośli mieli zawsze rację, dziecko – z góry było uznane za winne. Nie dostając zrozumienia ani przebaczenia, moja dziewczynka była zmuszona wierzyć każdego dnia: „To ja jestem zła i robię wszystko źle.” Przekonanie to stało się jej – moim – niewysłowionym i najgłębiej schowanym cierpieniem, które wypłynęło w terapii ogromną, otwartą, najboleśniejszą raną.

Nikt nie widział mojego cierpienia, nikt nie chronił tej dziewczynki, nie było po jej stronie nikogo, kto by przemówił przeciw horrorom, jakich zaznawała. Wręcz przeciwnie, wszyscy wymagali od mnie, że pogrzebię te niesprawiedliwości w niepamięci razem ze swoim wewnętrznym dzieckiem i przetrwam pod maską wiecznej uprzejmości, zawsze wybaczając potężnym rodzicom i wszystko przyjmując od nich z gotowością. Moja dziewczynka kochała ich, oczekując tylko na miłość i dobro z ich strony, za które oddałaby i zrobiła wszystko, łącznie z dźwiganiem krzyża winy, którym nigdy nie powinna zostać obarczona. Jednak jej miłość, bezosobowe dawanie i poświęcenie nie znajdowały odzewu. Okrutna przemoc skazała ją na beznadziejną egzystencję, bez godności i szacunku, w ciemnym lochu osamotnienia, lęku, wstydu, winy i izolacji.

W dzieciństwie istniał tylko jeden sposób przeżycia – pogodzić się, usprawiedliwić i znosić agresywne, nieludzkie zachowania i postawy dorosłych. Ale później, w wieku dorosłym, otworzyło się wyjście! Ty odmieniłaś moje życie, droga Złości, pozwalając mi zdemaskować kłamstwa i zbuntować się przeciw jadowitej grze potęg, dając mi siłę stania się prawdziwą i przejrzystą. Dałaś mi zdolność mówienia NIE, kiedy ktoś traktuje mnie nie fair. Dałaś mi wgląd i mądrość, bym mogła odstawić niezdrowe związki oraz odsłoniłaś mi moją dawną i obecną rzeczywistość.

Ani jako dziecko, ani przez długie lata dorosłości, nie umiałam rozpoznać, czego mnie nauczasz – że to NIE MOJE, ale rodziców i niańki zachowania były odrażające, złe, nie przebaczające i poza kontrolą. Mówiły wyraźnie o nadużywaniu władzy przez moich oprawców, ich arogancji i okrucieństwie. Ludzie, którzy modlą się o przebaczenie, nie praktykują go. Czują się lepsi, potężniejsi, nawet wszechmocni i zawsze usprawiedliwieni w karaniu, degradowaniu czy wylewaniu swojej wściekłości na słabsze, bezbronne istoty i czerpać z tego nawet radość. To oni hołubią urazę i mają wielki problem ze złością. Ich dusze i umysły są zamknięte, niedostępne dla wglądów. Nie są w stanie komunikować się otwarcie i prawdziwie.

Im bardziej mogłaś się otworzyć dzięki terapii, tym więcej prawd mi objawiałaś. Pokazywałaś mi jak zmanipulował mnie ów nieludzki, szalony system rodzinny, wdrukowując mi toksyczne przekazy, i jak do dziś jeszcze oskarża mnie i obwinia, każąc każdy problem w moim i nie tylko moim życiu przypisywać wyłącznie własnej, nieusuwalnej winie i wrodzonej złośliwości. To właśnie było celem „czarnej pedagogiki,” do której bezwolnie musiałam się stosować. To dorośli mieli prawo do wolnej woli, nie dzieci. Udowadniano mi to notoryczne za pomocą doktryn, których musiałam bez końca słuchać w dzieciństwie i które do dziś mam w pamięci, na przykład:

“Children with their own will and mind - must be hit on their behind.” (dzieci o własnej woli i myśleniu – muszą brać lanie w tyłek).

Dorośli nigdy nie przyznawali się do winy, nigdy nie przepraszali – zawsze mieli rację. Po ich stronie stało prawo i sprawiedliwość. Nie było nikogo, kto broniłby tę dziewczynkę. Każdy przestępca ma prawo do obrońcy w sądzie. Prawo i sprawiedliwość mojego dzieciństwa jednak trzymały stronę moich oprawców. Rodzice i niańka byli prokuratorami, składem sędziowskim i egzekutorami własnego systemu penitencjarnego, w którym oskarżona nie miała żadnych praw do obrony ani godności przesłuchań i musiała siedzieć cicho, bez wnoszenia argumentów na swoją obronę. Jako dziecko nie miałam praw, ani ludzkich, ani zapisanych w kodeksie i do dziś dzieci ich nie mają.

Okropną konsekwencją było to, że tak bardzo się bałam życia i konfliktów. Nie miałam głosu. Wnoszenie sprzeciwu wobec zła, które widziałam, słyszałam i czułam, było dla mnie niemożliwe. Żyłam pozbawiona kontaktu z moimi potrzebami, więc nie zaspokajałam ich. Przez lata byłam przekonana, że nie umiem rozwiązywać problemów, więc nie ośmielałam się nawet próbować. Musiałam zlekceważyć Cię, moja droga Złości i bezcenna przyjaciółko, podobnie jak inne uczucia i prawdziwe potrzeby. Jedynymi dozwolonymi uczuciami dzieciństwie były wdzięczność, żałowanie win, podziw dla rodziców i adoracja dla Boga. Dozwolone były tylko te potrzeby, jakie określali rodzice, piastunki, religia i szkoła. Przez lata myślałam, że znoszenie tego, co mi robią i czego domagają się inni oraz stosowanie się do tego jest moją potrzebą.

Strasznie długo nie byłam w stanie przeżywać prawdziwej siebie i w ten sposób omijało mnie życie. Zaprogramowano mnie na chowanie głowy w piasek, ślepe wierzenie autorytetom, służenie im jak niewolnica. Potrzebowałam Twojej potężnej witalności i wglądów, jak również terapeutycznego wsparcia, bym mogła odzyskać siebie i moje życie. Tak jak zawsze, ja, która musiałam dźwigać na barkach brzemię winy i przebaczenia, zmuszona byłam wierzyć, że to ja jestem niedobra i pełna urazy, gdy tylko ośmielam się wyrażać mój odmienny punkt widzenia, gdy protestuję, lub gdy chcę zakończyć niszczący mnie związek – przede wszystkim ten z rodzicami. Kiedy doszłaś do głosu i wyraziłaś się dzięki terapii, pokazałaś mi wyjście z tego szaleństwa! Stałaś się moim sprzymierzeńcem, który pomaga mi rozpoznawać ludzi takimi, jacy są, zamiast ślepo przyjmować wizerunek, jaki usiłują mi wcisnąć z powodu swojego egocentryzmu. Wlałaś we mnie odwagę uświadamiania sobie tego, jak jestem traktowana przez innych. Uratowałaś mnie przez dalszym poświęcaniem czasu i energii na tęsknotę i próby dotarcia do osób, które mnie tylko raniły – a szczególnie, jeśli nie wykazywały przy tym skruchy, wyrzutów sumienia, ani żadnego wglądu.

Jestem Ci ogromnie wdzięczna, że dałaś mi siłę kroczenia ścieżką godności i bycia prawdziwą dla siebie. W głębi duszy zawsze za tym tęskniłam. Ty nie chcesz mnie kontrolować ani prowadzić życia za mnie – chcesz mnie chronić i wspierać moją świadomość prawdy. Wszystkim, czego kiedykolwiek potrzebowałaś ode mnie, było słuchanie Ciebie z uwagą, abym mogła wyłowić Twój przekaz i podążać za nim. Wtedy przechodzisz. Masz zdolność i siłę wskazywania, co jest nie tak w moim dzisiejszym życiu i co było nie tak w przeszłości. Dobijasz się do mnie tak długo i wytrwale, aż zrozumiem i wprowadzę konieczne zmiany na lepsze w moim życiu i odzyskam wolność.

Chociaż przychodzisz tylko czasami, by podzielić się ze mną tym, co wiesz, to jednak ludzie myślą, że mam problem ze złością, skoro pozwalam sobie na poznawanie Cię. Osądzają mnie, gdy usiłuję Cię zrozumieć i chcę się od Ciebie uczyć. Wkładają Cię do szufladki z napisem: „złe emocje,” które trzeba „przepracować.” Potępiają Cię nawet, mimo że masz tak wiele do opowiedzenia, zwłaszcza na temat ludzkiego dzieciństwa!

Ludzie, religie, ideologie i systemy społeczne, uważają się za tolerancyjne, sprawiedliwe i ludzkie, jednak żywią przekonania pełne uprzedzeń i wrogości, zachęcającej do nienawidzenia bliźnich, a nawet dają im otwarte przyzwolenie zemsty. Przedstawiają jako prawdę swoje nietolerancyjne, często nienawistne przekonania o nich, choć ci wcale ich nie skrzywdzili, a przy tym odmawiają wyzbycia się własnych ograniczających, autorytarnych przekonań. Używają tych przekonań dla uzasadnienia okrutnych, pełnych potępienia, upokarzających zachowań wobec innych także po ich śmierci.

Różne tak zwane prądy duchowe szczycą się tym, że przekraczają dogmaty religijne. Trzymają się jednak niejasnych, nieuchwytnych i nieokreślonych pojęć o „zbawieniu,” pochodzących z archaicznych tradycji, które zaprzeczają uczuciom, zranieniom i przemocy dokonywanej na bezbronnych istotach ludzkich. Tradycje te nie rozpoznają źródeł tak zwanych złych emocji ani ważnej roli ludzkich uczuć, a szczególnie złości. Tłumią i wypierają najwartościowsze, kluczowe informacje przynoszone przez uczucia – informacje o prawdziwej ludzkiej naturze i niepowtarzalnej indywidualności jednostek, informacje o historii i rozwoju każdego poszczególnego człowieka. Nade wszystko potępiają złość i nienawiść jako „uczucia negatywne” doradzając wyciszanie się, akceptację i przebaczenie, które według tych prądów duchowych ma uzdrowić wszystkie konflikty, patologie społeczne i związki z ludźmi, szczególnie z własnymi rodzicami. Ale czy to się sprawdza? Czy Ty, droga Złości, jesteś bez znaczenia, zastosowania i wartości? Czyżbyś miała być pomyłką, błędem lub szalonym wybrykiem natury, który mamy odsunąć na bok i pogrzebać – bez przyjrzenia się Tobie i bez konsekwencji takiego kroku?

Rozumieć przebaczenie jako zaniechanie zemsty, ma sens. Ale złość nie może być przebaczona ani wyparta medytacją czy siłą woli – może być jedynie przyjęta i zrozumiana. Przekonałam się na bazie moich doświadczeń, że jeśli tak zwane złe emocje zostaną przyjęte, wysłuchane i powiązane ze swoim źródłem – z oprawcami z dzieciństwa - przechodzi żądza zemsty, przechodzi nieuzasadniona, ślepa nienawiść. Ale tylko pod warunkiem, że ludzie zrozumieją swoją złość i jej przyczyny.

Wiele duchowych szkół dąży do przezwyciężenia „złych emocji,” wmawiając nam, że rozwojowi służą tylko tak zwane pozytywne uczucia. Słynny przywódca duchowy, Dalaj Lama, naucza: „Musimy także zdać sobie sprawę, że te ‘negatywne emocje’ są nie tylko bardzo złe i szkodzą zarówno osobiście jednostkom, jak i społeczeństwu oraz przyszłości naszego świata.”

Zgadam się, że wylewanie złości i nienawiści na niewinne istoty, zwłaszcza dzieci, które są najbardziej podatne na zranienie, to niebezpieczne, nikczemne przestępstwo, które wnosi do kołyski przemoc, złość i nienawiść – nigdy zaś, przenigdy, pokój. Przemoc wobec dzieci rodzi wyłącznie przemoc. Nie zgadzam się jednak z tym, że złość może po prostu zniknąć poprzez nakazy moralne czy medytację.

Dopuszczona i zrozumiana złość daje nam siłę odcięcia się od oprawczych osób oraz powielania destrukcji, jakiej zaznaliśmy w dzieciństwie; siłę docenienia własnych uczuć i potrzeb, a stąd pokochania siebie; siłę określenia swoich wartości, bronienia ich i wcielania w życie; siłę potwierdzenia własnej godności człowieczej oraz pójścia za swoim powołaniem. Daje nam odwagę mówienia prawdy w obliczu potężnych. Pozwala nam zaangażować się w działania kładące kres przemocy wobec niewinnych osób – przede wszystkim wobec bezbronnych dzieci, które wciąż, każdego dnia, muszą rozpaczliwie cierpieć z powodu rodzicielskich nadużyć. Największa, najniebezpieczniejsza, siejąca spustoszenie i nieograniczona moc spoczywa w naszych czasach w rękach rodziców i opiekunów dzieci.

Złość i nienawiść nie znikają dlatego, że chcemy się wyciszyć z tych emocji lub wyprzeć je siłą. W swoim ważnym, fascynującym artykule „Czym jest nienawiść?” (What is Hatred?) Alice Miller pisze: “Ja również wierzę, że nienawiść zatruwa organizm, ale tylko tak długo, jak jest nieświadoma i kieruje się, w przeniesieniu, na zastępcze postacie i kozły ofiarne.” Kiedy przekierujemy ją przeciw oprawcom, którzy nas niszczyli, staje się ona naszym największym sprzymierzeńcem. Tak jak Ty dla mnie, moja droga Złości.

Stłumione, nieuświadomione emocje złości i nienawiści powodują wyłącznie spustoszenie, działając z podziemia. Musimy zrozumieć nie tylko powód i źródło pochodzenia tych potężnych uczuć, ale też urazy stojące za nimi oraz prawdy, jakie te uczucia chcą nam objawić. Świat stałby się miejscem, gdzie byłoby mniej nienawistnej agresji w środowisku człowieka. Zbudziłby się w końcu z pradawnej ślepoty na cierpienie dzieci oraz przymusu chronienia rodziców, nauczycieli, duchownych i innych osób, które je wykorzystują i niszczą. Z miejsca ich krzywdzenia stanąłby w miejscu otoczenia ich autentyczną ochroną, miłością opieką. Przestałby zapychać je na całe życie, w imię dyscypliny i „la ich własnego dobra,” nieświadomymi, stłumionymi, zatruwającymi emocjami, co nazywamy wychowaniem.

Rezolucja ONZ z 1996 roku żąda, abyśmy traktowali nasze dzieci jak istoty ludzkie, które mają prawo żyć i wzrastać w godności, nie zaznając krzywd. Przemoc dokonywana na najmłodszych, najbardziej podatnych na zranienie istotach ludzkich, niszczy zdrowy rozwój ich miękkich, najbardziej delikatnych mózgów, które kształtują się rosną w pierwszych latach życia. Okrutne i bezwzględne traktowanie uszkadza ten dziewiczy, zdrowy organ i w rezultacie nie jest on zdolny potem odczuwać empatii ani dla własnego cierpienia, ani dla cierpień innych – zwłaszcza dzieci. Takie otępione, niezdolne do refleksji mózgi nie potrafią zaprzestać usprawiedliwiania nadużyć na dzieciach i będą je nazywać eufemizmami: klaps, dyscyplina, wychowanie. Jordan Riak z fundacji NoSpank zamieszcza w swojej broszurze „Plain Talk about Spanking” ciekawą listę synonimów słowa klaps.

Zawsze czułam się winna, gdy doświadczałam Cię w sobie, droga Złości, gdyż zdawało mi się, że zmieniasz mnie w potwora, jakim nie chcę być - w złą dziewczynkę lub złą, nic nie wartą kobietę. Kiedy się pojawiałaś, bałam się, że dzieje się we mnie coś strasznego. Wstydziłam się byś podobna do matki. Dziś jednak, kiedy ludzie mówią mi, że jesteś zła i nie masz sensu, czuję jak silnie we mnie wzbierasz. Nie podoba Ci się, gdy Cię ignorują i próbują wyeliminować za pomocą manipulujących Tobą technik, jak „medytacja,” „skupienie wewnętrzne,” wymuszony „pokój ducha” czy powinność „przebaczania.” Reagujesz z miejsca i chronisz mnie dzisiaj, gdy ludzie określają mnie mianem „pielęgnującej urazę” „nie uleczonej,” „nie wolnej” czy „odmawiającej przebaczenia,” gdy zaczynam o Tobie mówić lub Cię okazywać.

Uprzytomniłam sobie, że ci, którzy głoszą kazania o przebaczeniu i potępiają złość, sami mają głęboki problem z nierozpoznaną własną złością. Odmawiają uświadomienia sobie swej osądzającej, lekceważącej postawy, swojego problemu z wypartymi emocjami, jak też zła i zranień, jakie przez to wyrządzają innym. Myślę, że boją się Ciebie, droga Złości oraz tego, co mogłabyś im opowiedzieć o ich historii dzieciństwa i życiu. Zaprzeczają uczuciom innych i nie chcą o nich nic słyszeć. Zwiedzeni oszukańczą szatą przebaczania, która obiecuje im „uwolnienie od złości i nienawiści” jako panaceum i uzdrowienie, rozpowszechniają to zaprzeczanie po świecie. Ale to się nie sprawdza, tak jak nie sprawdzają się ich destrukcyjne i autodestrukcyjne, żałosne zachowania.

Medytacja stara się przezwyciężyć “negatywne uczucia” – przejść im i oddalić się, aby umysł mógł trwać „skupiony” i osiągnąć „wewnętrzny spokój.” Ta koncepcja przekradła się też niestety do wielu terapii. Praca moich terapeutów też była nią skażona. Jedne z nich mówił, że prawdziwe Ja jest miejscem słów na literę „C:” (calm, compassionate, centered, creative, confident, courageous and curious) spokojny, współczujący, skupiony, twórczy, ufający, odważny i ciekawy. Nie wymieniał złości jako ważnej, witalnej niosącej informacje części tego Ja. I choć z pewnością Cię akceptował, droga Złości, gdy pojawiałaś się we mnie, i nie doradzał mi przebaczenia, to nie cenił Cię naprawdę Twojej. Nie mógł brać poważnie informacji, jakie przynosiłaś. Powodem było to – jestem pewna – że sam unikał Cię w życiu. Istotnie, był cierpliwym, rozumiejącym terapeutą dla każdego. Nie skonfrontował jednak swojego dzieciństwa, nie mógł, więc pozwolić sobie na doświadczanie dawnego, stłumionego oburzenia i wściekłości, które by wtedy wypłynęły. Nie aspirował do tego, by uczyć się od tych uczuć o sobie, własnej przeszłości i życiu ani o swych rzeczywistych potrzebach.

Myślę, moja Złości, że nie miałaś miejsca w życiu osobistym żadnego z moich trzech terapeutów. Oni nadal żyli w głębi jako bezsilne, wybaczające wszystko, dobre dzieci, tęskniące za wprowadzaniem harmonii. Ponieważ cała ta trójka znajdowała się pod wpływem tradycji duchowych, nie byłaś dla nich mile widzianym, uznawanym i cenionym zjawiskiem, mogącym odsłonić prawdę o ich dziecięcym bólu. W końcu porzuciłam pracę z tymi ludźmi, czując się przez nich zwodzona i zdradzana. Bez uświadomienia sobie witalnej roli, jaką grasz w konfrontowaniu mnie z historią mojego dzieciństwa i radzeniu sobie z bieżącą rzeczywistością, nie mogłam stać się silną, ufającą sobie kobietą. Dlatego Ty, moja droga Złości, jesteś najbardziej esencjonalną, wyjątkową częścią mojej duszy i mojego prawdziwego Ja.

Wiele czasu zajęło mi docenienie Twojej roli i zaproszenie Cię. Dziś, kiedy nasza relacja się zmieniła, stałaś się moja najlepszą przyjaciółką. W miarę jak kontaktuję się z fizycznymi i emocjonalnymi kanałami, jakimi mój organizm wyraża dawny ból, odkrywasz mi coraz głębsze poziomy horrorów z dzieciństwa i tego, jak bardzo przywiązywały one mnie w życiu do destrukcyjnych ludzi.

Doświadczanie Cię jest fascynujące i oświecające. Gdy słucham Cię z szacunkiem i mogę porozmawiać o Tobie z kimś, kto mnie rozumie i słyszy – gdy mogę podzielić się tym, dlaczego i na kogo jestem oburzona lub wściekła – wiem, że zostajesz uwolniona naprawdę, bo wyraziłaś siebie i zostałaś zrozumiana.

Kiedy Cię już wysłucham i pozwolę Ci się wyrazić, przynosisz mi pokój wewnętrzny. To, co mi za każdym razem objawiasz, staje się faktem. Zdejmujesz mi klapki z oczu i widzę rzeczywistość. Dajesz mi jasność co do mojej przeszłości i dzisiejszego życia. Zaopatrujesz mnie w zaufanie do samej siebie. Umacniasz siłą. Dzięki temu mogę dziś traktować słabsze, bezsilne istoty ze współczuciem i umacniać je prawdą. Wreszcie wiem, że wszystkie uczucia niosą nam ważne informacje, jeśli tylko słuchamy ich jesteśmy na nie otwarci.

Barbara Rogers


Afirmacja na dziś:

Ufam bożemu prowadzeniu, dlatego rezygnuję z szukania potwierdzenia swoich wyborów w umysłach innych ludzi.Pozwalam sobie na doskonałe zdrowie.Jestem cenna, wartościowa i atrakcyjna bez względu na to, jak wyglądam.

Ten, kto mówi kłamstwo, nie uświadamia sobie,
jak wielkiego zadania się podejmuje,
bo będzie musiał wymyślić
jeszcze dwadzieścia innych kłamstw,
żeby podtrzymać to jedno.
Alexander Pope
Fala PSA     2015.09.22

        KIN 172 - Żółty Elektryczny Człowiek

Dziś uczę się kochać świadomie, a nie ślepo. Dziś akceptuję siebie takim, jaki jestem, a nie jaki chciałbym być oraz przestaję oceniać cudze zachowania. To, co mnie spotka od ludzi, będzie lekcją na przyszłość. Moja świadoma postawa uchroni mnie przed stresem i kolejnymi dołkami emocjonalnymi. Siła ducha pomoże mi wzmocnić nerwy i uporać się z przewrażliwieniem na punkcie własnej osoby.

niedziela, 13 września 2015

ZŁOTY PROMIEŃ
(autorstwa Diany Cooper)

Wszystko co wysyłamy wraca do nas. Czasem ten powrót zabiera sporo czasu, nawet całe życie albo dłużej.
Jednym z powodów dlaczego potrzeba na ten powrót tyle czasu jest to. Jeśli wysyłamy od siebie złość, na przykład, osoba może to pochłaniać jak gąbka. Gąbka będzie wchłaniać truciznę i nie puści tego dopóki nie zostanie ściśnięta. Wówczas według Duchowego Prawa trucizna zostanie zwrócona właścicielowi (nadawcy).
Jeżeli odrzucimy złość lub pochłanianie trucizny, wówczas natychmiast wraca ona do osoby, która to wysłała.

PSYCHICZNA OCHRONA

Historię tę opowiedziała mi przyjaciółka. Jej przyjaciółka Clementine mieszkała w pięknym domku, w małej wiosce. Pewnego dnia do jej drzwi zapukała kobieta, która dopiero co wprowadziła się do domu na peryferiach miasteczka. Z miejsca oświadczyła, że chce kupić domek Clementine i zapytała za ile jej go sprzeda.
Clementine odpowiedziała, że jej dom nie jest na sprzedaż. Była nieugięta i nowa mieszkanka miasteczka odeszła mamrocząc coś pod nosem niewyraźnie.
Clementine czuła niepokój. Jej niepokój zamienił się w troskę i zaczęły się dziać dziwne rzeczy wokół niej. Opowiedziała znajomej o swoim zmartwieniu i podejrzeniach. Ta zabrała ją do psychiatry. Ten starszy człowiek poważnie wysłuchał jej opowieści po czym poradził jej, aby wyobraziła sobie jak trzyma lustro pomiędzy sobą a potencjalnym wrogiem.
Wytłumaczył jej, że jeżeli kobieta wysyłała do Clementine destruktywne myśli, Clementine nie będzie musiała ich dłużej przyjmować, a tym samym pozwalając im niszczyć jej życie. W zamian te destruktywne myśli będą odbijać się powrotem do nadawcy, kimkolwiek on jest.
Gdyby mieszkanka wioski nie wysyłała jej destruktywnej energii, wówczas oczywiście nic by się nie stało. Clementine zrobiła tak jak została poinstruowana i była w szoku, gdy po kilku dniach, dom mieszkanki spłonął. Czuła lęk i podziw za razem i w pewien sposób poczuwała się do winy. W rzeczywistości nie było potrzeby by czuć się winną. Prawo mówi, co posiejesz, to zbierzesz. Jej interwencja tylko przyspieszyła proces karmy.
Wizualizacja lustra odbijającego myśli do nadawcy jest bardzo potężną techniką.

BARDZIEJ DUCHOWA METODA

Istnieje jeszcze inna, bardziej duchowa i równie efektywna w radzeniu sobie z wysyłanymi do nas negatywnymi myślami. Po prostu wyobraź sobie twoje centrum serca, które otwiera się szeroko tak, że Miłość i Mądrość Wszechświata jest w stanie wpłynąć do ciebie i dookoła ciebie, okrąż siebie złotą energią tak jakbyś robił/ła kokon. Ta złota energia Miłości i Mądrości Wszechświata jest najmocniejszą z energii.
W momencie, gdy ciemne formy myśli zbliżają się ku nam, możemy rozpuścić je w złotym świetle i skierować te kule Miłości i Mądrości z powrotem do nadawcy.
To sprawia, że czujemy się dobrze, osoba wysyłająca do nas destruktywne myśli, otrzymuje w zamian miłość, czuje się dobrze i jego lub jej karma jest zmieniana przez naszą miłość.
Dzięki tej metodzie ogromna chmura zbiorowej karmy we wszechświecie może być rozpuszczona.
Gdyby Clementine włączyła swe serce w tę technikę, zamiast własnej ochrony, mieszkanka czułaby się lepiej. Jej dom nie spaliłby się a we Wszechświecie byłoby więcej miłości.

Pamiętaj : tego czego powinieneś się bać, to właśnie strach.

Złoty promień jest wyjątkowy i bardzo skuteczny. Zawiera esencję energii Wszechświata, miłości i mądrości. Ma także delikatność, którą można poczuć, ale jest to trudne do wytłumaczenia. Kolor płomienia jest najczęściej stosowany kiedy jesteśmy zdolni do wyższej świadomości.

PRZESTRZEŃ DLA ZŁOTEGO PROMIENIA

Za każdym razem, gdy wspominam o złotej energii ktoś dzieli się ze mną swoimi doświadczeniami, jakie przeżyli.
Jenny opowiedziała mi o swoim wielkim dylemacie. Nie wiedziała czy kocha swojego chłopaka wystarczająco, by za niego wyjść za mąż. Co, jeśli okaże się, że to będzie błąd? Roztrząsała ten problem na okrągło przez dni i tygodnie. Pewnego dnia siedziała w pociągu i jej umysł został uśpiony. To ten moment, w którym odbieramy. Nagle złote światło wypełniło jej serce i wiedziała, że jej chłopak jest właściwą osobą.
Dlatego tak ważne jest odnalezienie wewnętrznego bezruchu (wyciszenia). Głęboka Mądrość może zawitać podczas tego wyciszenia właśnie.
Wielu ludzi obserwuje, że mogą połączyć się z energią i wyciszyć na łonie natury. Natura nie osądza tak jak robi to człowiek. Gdy jesteśmy wśród ludzi nasza obrona wzrasta. A gdy czujemy się bezpiecznie i nie osądzani przez naturę, wówczas relaksujemy się i słyszymy mądrość naszej wewnętrznej ciszy.
Jeżeli nie możemy fizycznie być na łonie natury, można wizualizować, wyobrażać sobie miejsce piękne i pogodne.
Piotr przez miał lata artretyzm w prawym kolanie. Jego praca wymagała zginania i klękania, więc jego kolano wciąż bolało i było sztywne. Lekarz powiedział, że codziennie do końca życia musi brać tabletki przeciwbólowe. Uwierzył w to i brał przez cały czas tabletki.
Wtedy pojechał na weekendowe warsztaty gdzie zmierzył się ze złością, którą tłumił wobec ojca. Podczas weekendu, wybił całą złość w poduszkę, krzyczał i wyraził wszystkie emocje, które żywił do ojca, których do tej pory nie ośmielił się ujawniać. Następnego dnia leżał w łóżku i złote światło wpłynęło do jego nogi i ciała. Weszło do kolana i uzdrowiło całkowicie z artretyzmu. Odtąd bóle nie wracały.
Nie musimy czekać, aż złoty promień do nas przyjdzie. Możemy otworzyć się na energię dzięki intencji bądź wizualizacji i promieniować jej magicznością.

TO NAPRAWDĘ DZIAŁA

Anita brała udział w jednym z moich warsztatów, podczas których mówiliśmy o złotym promieniu energii. Myślała, że to było podejrzane i prawdopodobnie działa tylko na osoby podatne na sugestie – a ona przekonała samą siebie, że myśli zbyt przyziemnie i pragmatycznie.
Jakiś czas później musiała iść na pewne spotkanie. Jej były mąż też tam był, tak samo para znajomych, z którymi przyjaźnili się oboje. Jednak, gdy ona odeszła od męża, ta para odsunęła się od niej. Wspierali jej byłego męża, odwiedzali go, nie rozmawiali z nią podczas spotkania.
Spotkanie to okazało się bardzo przygnębiające, aż do momentu, w którym Anita przypomniała sobie o złotej energii. Otworzyła centrum swojego serca i wizualizowała złote światło zatapiające jej ciało i tworzące aurę wokół niej. Wyobraziła sobie jak jest chroniona Dzięki aurze wokół niej i pełni miłości. Wróciła na spotkanie, zdecydowana, by być ciepłą, przyjazną i złotą.
Wmieszała się w tłum ludzi, których znała, ale nie w towarzystwo pary byłych przyjaciól, ale nadal utrzymywała w sobie złoto i promieniowała miłością. W trakcie wieczoru, oddzielnie, mąż i żona podeszli do niej i chcieli normalnie porozmawiać. Każde z nich powiedziało, że żałują, że byli tak niemili i osądzali ją. Chcieli znów się przyjaźnić.
Anita była zachwycona i zdumiona. Jej umysł miał trudności z zaakceptowaniem siły złotej wibracji miłości, ale teraz po doświadczeniu, że to działa, powiedziała, że nigdy już w to nie zwątpi. Złota energia podnosi świadomość nadawcy i odbiorcy. Tworzy cuda. Gdy skoncentrujemy się na dobru innych, zadziwiające rzeczy mają miejsce.

WŁAŚNIE TAKĄ MAMY MOC

Któregoś ranka zadzwoniła do mnie zdesperowana Philipa. Jej nastoletnia córka była niegrzeczna i sprawiała trudności. Była niewiarygodnie niemiła i nie chciała pomagac w domu. Philipa była samotną matką i sama zmagała się z wychowaniem Anny. Pracowała ogromnie ciężko, aby spłacić kredyt i zapewnić im dwóm godziwe życie. Miała mało czasu na życie prywatne, więc nie było niespodzianką, że jej związki z mężczyznami były nieudane. Nie miała także czasu ani energii dla swojej córki.
Wiedziałem, że Philipa nie dbała o swój emocjonalny rozwój, więc jak mogła zaoferować to córce? Atakowała Annę rozżalonymi myślami i niewypowiedzianymi żądaniami. Anna podłapywała to wszystko i broniła się atakując matkę w sposób, który najbardziej bolał – była niegrzeczna, niemiła, nie pomagała jej w niczym. Stąd ten telefon do mnie, wołający o pomoc.
Rzecz, którą Philipa mogła zmienić od razu były myśli które kiesuje w stronę Anny. Zasugerowałem jej, aby 2 razy w ciągu dnia przez 20 minut skoncentrowała się na Annie z miłością. W tych momentach miała myśleć o dobrych rzeczach, które zrobiła jej córka, pamiętać o wszystkich zaletach jakie miała Anna i wyobrażać sobie jak trzyma córkę w złotym świetle. Philipa obiecała tak postąpić.
Zadzwoniła następnego dnia będąc w stanie uniesienia i szoku za razem. Zrobiła wszystko tak jak mówiłem. Kiedy wróciła do domu zobaczyła jak Anna posprzątała kuchnię i ugotowała wyjątkowy posiłek.
Gdy Philipa wzniosła swoją świadomość i promieniowała złotą energią miłości do swojej córki, Anna poczuła to i odpowiedziała jej z miłością.
Właśnie taką mamy moc. Właśnie taką moc ma miłość. Możemy rozświetlać dobro w innych właśnie w taki sposób. I tak szybko możemy rozświetlać samych siebie.
Myślimy, że to taka trudna praca, aby rozjaśnić w nas ciemność. Potrzeba chwili, by zaświecić światło.



From "A Time for Transformation", copyright 1992 by Diana Cooper,



Każdy z nas ma marzenia, większe lub mniejsze. Niektórzy tylko żyją marzeniami, i to ich jakoś trzyma przy "życiu" przypominającym wegetację. Tylko czemu tylko nielicznym udaje się zrealizować te największe? Czyżby niesprawiedliwy Bóg obdarzył ich szczególnymi łaskami? Gdy się przyjrzymy dokładniej ludziom, którzy nie żyją tak jak by chcieli, to okazuje się, że oni po prostu boją się zmian. Ale za tym lękiem przed zmianami może kryć się mnóstwo różnych pomniejszych lęków i przekonań nasyconych emocjami.

Za lękiem przed zmianami często kryje się lęk przed nieznanym, który bazuje na przekonaniu, że życie w obecnej sytuacji, z tymi problemami jest dla nas bezpieczniejsze czy korzystniejsze od czegoś nowego co jest nieznane, bo to co nieznane jest obarczone ryzykiem, że będzie gorsze niż obecna sytuacja. Przekonanie o ryzyku jest tym większe im więcej razy nam się coś pogorszyło w życiu. Podświadomie wciąż to pamiętamy i bronimy się przed powtórką sabotując zmiany. Powstałe przekonanie, że zmiana oznacza pogorszenie sytuacji jest silniejsze od najbardziej logicznych i rzeczowych argumentów, że warto podjąć działania, aby zmienić obecną sytuację, nawet jeśli powoduje tylko pasmo bólu i cierpienia. Nieważne, że nie można już znieść sytuacji w jakiej jest się, np. żona alkoholika bita przez niego. Iluzja bezpieczeństwa stworzona na lęku, że się pogorszy, że będzie gorzej bierze górę nad zdrowym rozsądkiem. Taka osoba może mieć też lęk, że nie poradzi sobie sama, chociaż to ona go utrzymuje i matkuje mu, a on jest tylko kulą u nogi. Jest to skrajny przykład, ale powszechne jest np. kurczowe trzymanie się pracy za głodową, ale "pewną" pensję.

Kolejnym sabotażystą zmian często jest lęk, że nie poradzimy sobie, że nie sprostamy w nowej sytuacji. Zwykle bazuje to na przekonaniu, że "nie jestem dość dobry", aby coś zrobić czy osiągnąć. Powoduje to brak chęci do spróbowania i stagnację. Przekonanie to powstaje często w wyniku toksycznego wychowania rodziców, którzy mogli nam wmawiać, że jesteśmy głupi, do niczego, albo że niczego nie osiągniemy, itd.. Także osobiste porażki skutecznie podcinają naszą wiarę w powodzenie kolejnego przedsięwzięcia, aż w końcu lęk, że się nie uda, dosłownie paraliżuje podjęcie działań już na etapie pojawienia się pomysłu.

Osoby, które kiedyś zostały wyśmiane lub upokorzone, gdy zrobiły coś, co w mniemaniu innych było złe, będą miały silny lęk przed kompromitacją i wyśmianiem. Z powodu lęku przed powtórzeniem takiej niemiłej sytuacji będą sabotowały wszystko, co mogłoby zmusić je do wyjścia ze "strefy bezpieczeństwa" nic nie robienia. Takie wyśmiewanie nas i upokorzenia, gdy zrobiliśmy coś źle odbijają silne piętno w psychice i kodują lęk przed popełnieniem błędu i dążenie do perfekcjonizmu. Nie pokażemy światu siebie i swojego dzieła dopóki nie będzie ono idealne. Powoduje to odwlekanie w nieskończoność, gdyż poprzeczka jest postawiona zbyt wysoko z powodu przekonania, że "nic nie potrafię", "jestem beznadziejny", "jestem do niczego".

Często spotykany jest lęk przed reakcją bliskich i otoczenia na upragnioną przez nas zmianę. Otoczenie może reagować nie akceptacją i złością na nasze sukcesy, gdy będziemy czuli się winni, że nam zaczyna się lepiej powodzić od innych albo że nie cierpimy razem z nimi. A szczególnie, gdy łatwo i szybko osiągamy sukcesy, bez ciężkiej pracy, wysiłku i wyrzeczeń, inaczej niż "wszyscy". Za wyłamanie się z powszechnych schematów grozi kara potępienia poprzez odrzucenie i ataki, jeśli nie będziemy czuli się w porządku z nowymi pozytywnymi zmianami w naszym życiu. Ludzie tak reagują, bo czują się zagrożeni, gdy widzą, że ktoś zaczyna żyć inaczej niż oni, bo to podważa ich system wartości i wierzeń. To, na czym zbudowali całe swoje życie okazuje się, że nie musi być prawdziwe, skoro ktoś zaczyna żyć inaczej, łatwiej, lepiej, bo udało mu się to zmienić.
Także poczuciem niezasługiwania możemy prowokować otoczenie do nieprzychylnych nam reakcji.

Możemy też bać się zazdrości i zawiści innych ludzi. Wtedy warto przyjrzeć się, czy my sami nie zazdrościmy u innych różnych rzeczy. Nasza zazdrość o to, co mają inni będzie prowokowała otoczenie do takiej samej reakcji na nasze sukcesy. Dlatego uwolnienie się od zazdrości, a w jej miejsce szczera życzliwość wobec innych i przyjazne nastawienie do wszystkich ludzi jest kluczem do tego, aby otoczenie akceptowało zachodzące w naszym życiu zmiany na lepsze. To, co życzymy innym zawsze wróci do nas zwielokrotnione.
Zazdrość i zawiść wywołuje także poczucie braku w nas i tym samym przyciąganie braku tego.

Bardzo silny może być lęk, że ludzie będą nas wykorzystywać, gdy zacznie nam się dobrze powodzić, więc lepiej nic nie mieć, aby nikt niczego nie chciał od nas. Za tym stoi poczucie odpowiedzialności za problemy innych ludzi i poczucie winy za odmawianie komuś pomocy. Tylko, że ci potrzebujący pomocy, biedne ofiary są świetnymi manipulatorami litością. I tak podatne na to osoby stają się ofiarami ofiar tworząc coraz bardziej błędne koło braku. Trwała poprawa nastąpi tylko wtedy, gdy weźmiemy odpowiedzialność za siebie i zaczniemy zmieniać siebie, swoje intencje i wyobrażenia, a nie zbawiać świat. Najlepszą i najskuteczniejszą formą pomocy innym jest skuteczna pomoc sobie, będąca przykładem dla innych, że jest to możliwe. To jest niesamowita inspiracja i motywacja dla ludzi otwartych.

U ludzi zamkniętych natychmiast pojawi się przebiegły lęk przed utratą "przywilejów" i "korzyści" z obecnej sytuacji. Ofiara jest ofiarą, bo tak naprawdę nie chce niczego zrobić, aby dokonać zmian w swoim życiu i oczekuje, aby to inni się zmienili i dali jej. Święcie wierzy, że świat jest zły i niebezpieczny, co jest źródłem jej cierpień. Jest przekonana, że jak nie wzbudzi w kimś poczucia winy swoim cierpieniem to niczego nie dostanie. Podświadomie robi wszystko, aby udowodnić prawdziwość swoich wyobrażeń, aby mieć usprawiedliwienie dla takiego sposobu na życie. Jest to Syndrom wtórnych korzyści z problemów.

Często ludzie chorują, bo chcą chorować, bo mają z tego jakąś korzyść. Wreszcie można z czystym sumieniem odpocząć od ciężkiej pracy będąc na zwolnieniu. Coroczne masowe zachorowania na grypę są tego świetnym przykładem. Albo rodzina się nimi zajmuje i dzięki temu nie są samotni. Albo zawsze mają temat do rozmowy, no bo o czym by rozmawiali bez tych bóli, dolegliwości i garści drogich pigułek, które muszą łykać codziennie.
Silne przyzwyczajenie i uzależnienie emocjonalne i mentalne do obecnej sytuacji i otoczenia może skutecznie blokować uwolnienie się od problemu. Takie osoby są sparaliżowane przez niemożność wyobrażenie sobie, że można (cały czas) żyć inaczej lepiej i przyjemniej, i bez problemów, manipulacji i wykorzystywania innych.

U kobiet, które chcą schudnąć i czuć się atrakcyjnymi powszechnie występuje lęk, że nie będę czuła się bezpieczna i szanowana. Taka wizja bycia atrakcyjną dla mężczyzn może budzić podświadome przerażenie z powodu lęku przed wykorzystaniem seksualnym, a otyłość nie wzbudza pożądania, nawet u męża, do którego po pewnym czasie często czują niechęć. To tylko jeden z przykładów przyczyny niepowodzeń w trwałym schudnięciu. Bez czucia się bezpiecznie ze swoją kobiecością i seksualnością nie ma szans na to.

Są też ludzie, którzy naprawdę starają się poprawić jakość swojego życia, ale na drodze tych zmian świat jakby ciągle rzucał im kłody pod nogi. Jednak to oni sami przyciągają takie sytuacje, aby zasabotować sobie zmiany. Przyczyną tego może być poczucie zagrożenia, które by pojawiło się, gdyby nastąpiła oczekiwana zmiana, np. lęk, że okradną mnie, gdy będę bogaty. Większość ludzi nie lubi się bać, więc podświadomie nie dopuszczą do sytuacji, w której czuliby się zagrożeni ponad poziom, który tolerują.

Nasze działania w kierunku osiągnięcia sukcesu może paraliżować lęk przed stratą tego, co osiągniemy. Za tym często kryje się przekonanie, że "szczęście nie może trwać wiecznie", więc po co się wysilać, aby coś zmienić. Może temu towarzyszyć też stłumiony żal i ból z powodu straty czegoś w przeszłości, który wywołuje lęk przed powtórką tego. Przyczyną tego mogło być niezasługiwanie na szczęście, pomyślność, dostatek oraz poczucie winy, gdy mi lepiej się powodzi od "wszystkich".

Powszechnym bodźcem gaszącym zapał do wprowadzenia zmian jest lęk, że będę musiał dużo pracować, wysilać się, aby coś zmienić i osiągnąć sukces. Taki lęk zwykle bierze się z obserwacji życia rodziców i otoczenia, które koduje przekonanie, że trzeba ciężko pracować, aby cokolwiek osiągnąć. Później jest ono potwierdzane własnymi doświadczeniami w dorosłym życiu. Także zaszczepione powszechne przekonanie, że ciężka praca uszlachetnia też nie sprzyja znalezieniu lekkiej, przyjemnej i dobrze płatnej pracy.

Bardzo silnym czynnikiem sabotującym zmiany są konflikty materialno-religijne. Wiadomo, Bóg wynagradza biednych, a cierpiący dostąpią zbawienia. Lecz to nie pieniądze stają na drodze do Boga, lecz przywiązanie do nich. Ono powoduje, że służymy "mamonie" a nie Bogu, nawet jeśli nie mamy ani grosza przy sobie, bo jesteśmy wtedy uzależnieni od braku ich. Be zwysiłkowe zarabianie i swobodne wydawanie ich, bez zachłanności na posiadanie i bez lęków, że zabraknie powoduje, że jesteśmy wolni emocjonalnie od pieniędzy i możemy łatwo żyć zgodnie z sercem i kochać, a to jest najlepsza metoda zbliżenia się do Boga.

Niemożliwością jest otworzyć się na szczęście, miłość i dostatek, tu i teraz, i jednocześnie być zachłannym na cierpienie z nadzieją na zbawienie i "wieczne szczęście" po śmierci. Ten konflikt będzie sabotował każdą trwałą zmianę powodującą poprawę samopoczucia. I tu dochodzimy dlaczego tak naprawdę tyle razy nam się pogorszyło czy też nie wyszły świetne pomysły. To jest chyba najtrudniejszy konflikt do uwolnienia, gdyż wymaga podważenia dogmatów religijnych, którymi byliśmy karmieni od urodzenia i pójścia własną drogą przeciwną jedynie słusznej wyznaczonej przez autorytety.

I teraz dochodzimy do sedna sprawy, którym jest lęk przed odpowiedzialnością, za siebie i swoje życie. Lęk ten wynika głównie z nieświadomości praw kreacji. Można je w skrócie opisać, że to co nas spotyka w życiu jest doskonałym odzwierciedleniem naszych intencji i wyobrażeń, tych świadomych i nieświadomych zapisanych w naszej podświadomej części umysłu. A tym, co to wszystko cementuje są nasze emocje. Im silniejsze, tym bardziej trwały beton mentalny tworzą z naszymi przekonaniami, który przesłania nam rzeczywistość i sprawia wrażenie, że jest to niemożliwe, aby zmienić. Z tego nasuwa się prosty wniosek. Ażeby nastąpiła upragniona zmiana w naszym życiu i otoczeniu, to najpierw musimy zmienić siebie. To może budzić przerażenie, gdy przyjrzymy się naszemu życiu pełnemu cierpienia i nieszczęść, albo niedowierzanie, no bo jak sam to sobie wykreowałem od narodzin? Jednak nikt nie rodzi się czystą kartą, gdyż ma już zapisany program na życie w postaci intencji, ale temat obciążeń z poprzednich wcieleń to oddzielna sprawa. Porządki trzeba zacząć od obecnego życia, od teraz. Niezależnie od tego jak bardzo nędzne byłoby nasze życie, można to zmienić. Skoro sobie to wykreowaliśmy nieświadomie, to możemy teraz świadomie zacząć kreować coś innego, odpowiadającego nam. Dla umysłu nie ma znaczenia czy tworzymy sobie cierpienie czy szczęście. Posłusznie wykonuje nasze polecenia, którymi są nasze myśli.

Pierwszym krokiem do wzięcia odpowiedzialności za siebie i swoje życie jest zaakceptowanie tego faktu i zaprzestanie obwiniania innych ludzi i czynników zewnętrznych za to, co nas spotyka złego. Obwiniając innych dajemy im władzę nad sobą i stajemy się ich niewolnikami. Należy im przebaczyć wszystko, o co mamy do nich żale i pretensje. Staje się to łatwiejsze i dzieje często samoistnie, gdy uświadomimy sobie, jakie mieliśmy intencje i przekonania, gdy zostaliśmy skrzywdzeni.

Następnie czeka nas systematyczna praca nad uwalnianiem się od toksycznych emocji i oczyszczaniem własnej podświadomości z błędnych przekonań. Jednak, aby całkowicie uwolnić się od danego przekonania należy uwolnić się od wszystkich emocji, które w nas były podczas powstawania tego przekonania, a ściślej chodzi o uwolnienie się od wszystkich zaburzeń w systemie energetycznym wywołanych tymi emocjami. Dopóki nie z harmonizujemy systemu energetycznego i odpowiadającego mu układu nerwowego poprzez uwolnienie się od wszystkich emocji związanych z sytuacjami, przez które powstało jakieś przekonanie, to ono nie odpuści całkowicie i będzie kreowało nasze życie. Gdy nam się to uda, wtedy stajemy się wolni i odzyskujemy wolną wolę, dzięki czemu możemy zmienić swoje intencje dokonując nowego świadomego wyboru, a za tą zmianą samoistnie i bez naszego wysiłku i walki zajdą zmiany na zewnątrz nas. To jest kluczem do trwałych pozytywnych zmian. Biorąc odpowiedzialność za siebie dajemy sobie możliwość i moc do uwolnienia się od tego, co sabotuje wymarzone zmiany.

Skoro wszystko zależy od nas, to warto wybrać szczęście, zdrowie i pomyślność. Ten wybór musi być TERAZ, a nie w nieokreślonej przyszłości czy pod jakimś warunkiem. Za tym pójdzie właściwe działanie, które przyniesie sukcesy. Przy kreowaniu sobie upragnionego życia należy jednak pamiętać o bardzo ważnej rzeczy. Bóg dał każdemu wolną wolę, ale nasza wolna wola kończy się tam, gdzie zaczyna się ingerencja w wolną wolę innych. Każda manipulacja innymi i nieuczciwość zemści się na nas wcześniej czy później. Po śmierci będzie kolejne wcielenie i taka dusza wybierze sobie takie życie, którym ukarze się za to. A dusze ludzi prawomyślnych poczują się godne wybrać dobre warunki życia.

Coraz bardziej propagowane pozytywne myślenie to PODSTAWA do pozytywnych zmian, ale musi jemu towarzyszyć oczyszczanie podświadomości i uwalnianie się od toksycznych emocji, aby nasze myślenie i zachowania nie stały się tylko wyuczoną sztuczną grą pozorów. Poza tym podświadomy program zawsze wygra ze świadomymi dążeniami, jeśli są one z nim sprzeczne. Samo pozytywne myślenie to zwykle za mało, aby przeprogramować podświadomość. Szczególnie u ludzi wychowanych w polskiej kulturze i warunkach społecznych. Trzeba sięgnąć do znacznie silniejszych i szybszych technik stworzonych specjalnie do tego celu.

Moją ulubioną metodą do uwalniania się od niechcianych emocji jest EFT - Techniki Emocjonalnej Wolności (Emotional Freedom Techniques®, zwane potocznie Tappingiem. Bardzo skutecznym narzędziem jest też Regresing®, który uwalnia od emocji i od najbardziej destrukcyjnych wyobrażeń. Umożliwia rozpoznanie i zmianę nawet głęboko zakorzenionych nieświadomych intencji i uwalnianie od obciążeń przeniesionych z poprzednich wcieleń.

Jako wsparcie tych metod sprawdza się pisanie pozytywnych afirmacji przeczących nieprawdziwym wyobrażeniom. Taką uniwersalną na początek jest:

Wszelkie zmiany od teraz są dla mnie ... (imię) bezpieczne i korzystne.
Marek Białach
Artykuł pochodzi ze stronki:
http://www.atmajoga.pl/lek-przed-zmianami/
Jak przekroczyć lęk przed zmianami.
  Ja i świat

Ten świat to cudowne miejsce, w którym z łatwością urzeczywistniają się
moje najpiękniejsze marzenia. To miejsce, w którym Bóg i wszystkie istoty
-wspomagają mnie w czynieniu dobrych uczynków i w czystości intencji. Ten
świat to cudowne, piękne, radosne miejsce, w którym doświadczam rozkoszy
i ekstazy życia. Powietrze, którym oddycham, jest czyste i zdrowe. Myśli, które
przyjmuję, są czyste, zdrowe, pełne miłości i radości. Cały mój umysł jest
pełen czystych, pozytywnych myśli, wibracji i intencji, pełen czystych, pozytywnych
myśli na temat świata i wszystkich istot, w tym ludzi. Całe moje ciało
jest pełne czystych, pozytywnych i zdrowych energii. Dostaję czyste, zdrowe
pożywienie. Oddycham czystym, zdrowym powietrzem. Czyste, pozytywne
i zdrowe myśli innych ludzi wspomagają moje myśli na temat zdrowia, a ja
swymi zdrowymi, czystymi i pozytywnymi myślami wzmacniam świadomość
zdrowia u innych.
Ten świat to piękne i przyjemne miejsce, w którym ludzie witają mnie
z radością i miłością. Jest to miejsce, w którym doświadczam bezpieczeństwa,
zadowolenia, szczęścia, zdrowia, radości, bogactwa, mądrości i dobroci, piękna,
wolności i wdzięczności, wygody i harmonii ze wszystkimi istotami wszechświata.
W tym świecie urzeczywistniają się moje najpiękniejsze marzenia związane
z miłością. W tym świecie tworzę wspaniały, budujący, oświecający związek
z cudownym, przytomnym, tolerancyjnym, łagodnym, sympatycznym,
radosnym, seksownym, spokojnym, delikatnym, życzliwym, interesującym, prostolinijnym,
atrakcyjnym, dobrym i rozwijającym się duchowo mężczyzną, o jakim
marzyłam. Ten świat to idealne miejsce dla istnienia naszego związku. Tu
mam zagwarantowane wszystkie dobra niezbędne do naszego wygodnego, łatwego,
spokojnego życia. Życie w tym świecie jest miłe, lekkie, łatwe, przyjemne i pożyteczne.
Wszystko w tym świecie jest delikatne i przyjemne, gdyż ja
jestem delikatna i przyjemna. Wszystko w tym świecie jest radosne, gdyż ja jestem
radosna. Jestem przytomna. Wszystko jest czyste, gdyż mój umysł jest czysty.
Mój umysł wypełniają same czyste, radosne i pozytywne myśli na temat
miłości, mężczyzn, kobiet i dzieci. Jestem wolna, by lubić innych w swojej
obecności. Doceniam siebie i wszystko, co kreuje mój umysł.
Ten świat jest pełen radosnego spokoju, ponieważ radosny spokój jest we
mnie. Ten świat obdarza mnie wszelkimi bogactwami, ponieważ świadomość
bogactwa jest rozwinięta w moim umyśle. Doceniam zdolność mego umysłu
do kreowania bogactwa. Jestem świadoma tego, że mogę przyjmować wszystko,
co najlepsze, bez ograniczeń. Jestem w pełni świadoma tego, że zasługuję na
wszelkie bogactwa i błogosławieństwa. Mam wystarczająco dużo czasu i ochoty
do wykonywania praktyk prowadzących do oświecenia. Z miłością i ufnością
otwieram się na wszystkie dary Boga. Moja wysoka samoocena jest niezależna
od cudzych opinii. Jestem niewinna. Przebaczam sobie, że pozwalałam
się ranić. Przebaczam wszystkim, którzy mnie ranili. Wolno mi żyć pełnią radości,
pełnią miłości i pełnią szczęścia. Daję wolność sobie, daję wolność nauczycielom,
daję wolność wszystkim istotom. To bezpieczne i korzystne, gdy
ja jestem wolna i gdy inni są wolni. Akceptuję swoją wolność i wolność innych.
Czuję się bezpiecznie i pewnie z wolnością swoją i wolnością innych.
Zwalniam siebie z obowiązku kontrolowania innych i poddawania się kontroli.
Doskonale sobie radzę bez obowiązku kontrolowania innych i poddawania się
kontroli. Jestem systematyczna i dokładna, bo to korzystne dla mnie być osobą
systematyczną i dokładną.
Ten świat jest dobry dla mnie, ponieważ sama jestem dobra dla siebie.
Otaczają mnie lojalni i kompetentni przyjaciele, ponieważ sama jestem lojalna
i kompetentna.
Ludzie kochają mnie, ponieważ sama siebie kocham.
Mężczyźni uwielbiają moje ciało, ponieważ sama je uwielbiam.
Ten świat jest bardzo miłym i wygodnym miejscem dla mego ciała. Ten
świat zapewnia memu ciału wiele delikatnych przyjemności.
Ufam swemu ciału i wiem, że może się relaksować. Pozwalam mu na to.
Całe moje ciało jest bezwzględnie posłuszne mojej woli i pozytywnym myślom.
Lubię to, że moje ciało jest wypoczęte, że płyną przez nie miłe, przyjemne,
zdrowe energie. Płyną w sposób nieskrępowany. Wiem, że to korzystne relaksować
się i doświadczać nieuwarunkowanej radości, szczęśliwości i błogości.
Ten świat dba o to, bym mogła żyć w nieustannej ekstazie, radości i błogości.
Ten świat gwarantuje mi łatwą dostępność wszelkich środków niezbędnych
do życia, ponieważ mój umysł gwarantuje mi to samo. Wiem, że wszystko,
co niezbędne do życia i sprawnego funkcjonowania, wszystko, co miłe
i przyjemne, spontanicznie pojawia się w moim umyśle, ciele i otoczeniu. Nie
muszę już udawać, że na to wszystko trzeba zapracować. Pozwalam sobie
przyjmować dowody wdzięczności za to, że jestem, oraz dowody życzliwości.
Skoro jestem, to z pewnością jest to komuś potrzebne. Pozwalam, by wszyscy,
dla których moje istnienie jest pożyteczne, dbali o mnie.
Wszystkie procesy mojego umysłu i ciała ulegają teraz całkowitemu
uzdrowieniu. W tym pięknym, radosnym, miłym świecie całe moje ciało doświadcza
radości, miłości, wygody, zadowolenia, pieszczot i wszelkich przyjemności.
Wiem, że całe bogactwo Boga istnieje dla mnie i dla wszystkich ludzi.
Chętnie korzystam z wszelkich bogactw, gdyż wiem, że wszystkie bogactwa tego
świata istnieją dla mojej radości, wygody i przyjemności.



Fragment pochodzi z książki L.Żądło
"Tajemne Moce Umysłu"
(Współautorstwo Maria Magdalena Korcz)
Oczyszczanie intencji
Oczyszczaj swoje intencje. Gdy masz czyste intencje, to twoja droga
jest czysta i czysty jest też owoc urzeczywistnienia; nikt nie może cię
zwieść i oszukać; nikt nie może cię skrzywdzić. Czyste intencje zawsze
chronią cię przed negatywnościami.
Odpowiedz teraz na pytania:
1. Czy chcesz urzeczywistnić prawdę czy tradycję?
2. Czym się kierujesz w swej praktyce - tradycją czy skutecznością,
którą możesz zaobserwować?
3. Czy wybrałeś wieczne życie czy oświecenie?
4. Czy masz całkowicie czyste intencje wobec siebie? A więc czy:
- całkowicie sobie przebaczyłeś?
- ufasz sobie i swym zdolnościom?
- masz świadomość swego bezpieczeństwa i swej niezależności?
- czujesz się dobrze, niezależnie od opinii, myśli, wiedzy i obecności
innych ludzi?
- czy dobrze o sobie myślisz czy tylko dobrze mówisz, udając,
że wszystko jest w porządku?
- czy masz świadomość (lub choćby jej zalążki), że twoja prawdziwa
natura jest dobra, czysta, doskonała, w swej istocie Boska?
Przyjrzyj się odpowiedziom, jakich udzieliłeś, a potem uczciwie
określ sobie intencje, jakie masz do oczyszczenia.
Jeśli nie możesz wytrzymać sam ze sobą, to przyznaj, że nie możesz
zaakceptować obrazu siebie, jaki sam sobie stworzyłeś. Ponieważ
jednak to ty sam zrobiłeś z siebie karykaturę Boskiej istoty, tylko ty
sam jesteś władny powrócić do świadomości swej Boskości. Wymaga
to wiele pracy, konsekwencji w myśleniu i działaniu, a przede wszystkim
uczciwości wobec siebie i otoczenia. Uświadom sobie prawdę,
która brzmi: jesteś obrazem i podobieństwem Boga, więc przestań
wreszcie myśleć o sobie negatywnie. Będzie to niewątpliwie przykre
i bolesne, ale żeby uświadomić sobie swą Boskość, musisz poznać motywacje,
dla których jej zaprzeczyłeś i - być może - nadal zaprzeczasz.
Musisz poznać motywacje, dla których wykreowałeś się na an-ty-Boga, Jego ofiarę lub karykaturę. Musisz je poznać po to, żeby więcej
ich już nie powtarzać. Być może tkwią one głęboko w twej podświadomości
i wydają ci się teraz jedyną prawdą, jedyną świętością?
Czy w obronie tej świętości cierpisz i znosisz ból, czy może nawet jesteś
gotów oddać życie? Pomyśl przez chwilę! Czy wszechpotężny
Bóg potrzebuje takich niewydarzonych obrońców? Czy prawda może
być tak słaba, żeby trzeba było za nią umierać? Walka i śmierć to tylko
różne formy ucieczki przed poznaniem prawdy, które może być
bardzo bolesne dla ludzi przywiązanych do swych kłamstw. Znam
przypadki ludzi, którzy tworząc swoje alternatywne antyboskie światy,
nie wahają się wciągać w swoje kłamstwa i urojenia wielu innych
i przez różne manipulacje tworzą sobie zaplecze do odnawiania tych
urojeń w następnych wcieleniach. Wbrew pozorom, nie tak trudno
spotkać ludzi uważających się za wcielenie herosów kulturowych,
aniołów, diabłów, a nawet kosmitów.
U podstaw ich błędnych przekonań najczęściej kryją się rytuały
misteryjne, podczas których używano halucynogenów i hipnozy.
Procedura oczyszczania intencji
1. Ustal jedną, dwie lub trzy intencje dziennie, które chcesz oczyścić
i nazwij je.
2. Zrelaksuj się w spokojnym miejscu.
3. Wypowiedz modlitwę, np.: „niech wszystkie moje intencje dotyczące...
zostaną natychmiast oczyszczone i jako czyste wrócą do
mnie". Powtórz to jeszcze dwa, trzy razy i podziękuj.
4. Wejdź w medytację i powtarzaj: „pozwalam, by wszystkie moje
intencje dotyczące... oczyściły się teraz całkowicie". Koncentruj
się na przepływie czystej energii z czubka twej głowy.
5. Pozostając w medytacji powtórz kilka razy: „pozwalam, by
wszystkie moje czyste intencje dotyczące... ugruntowały się
w moim umyśle".
6. Posiedź chwilę w medytacji bez tematu, podziękuj i wyjdź
z medytacji.
7. Posiedź chwilę w ciszy i spokoju.
Proces oczyszczania intencji można włączyć do dłuższej medytacji.
W pierwszej kolejności warto oczyścić swoje intencje dotyczące siebie,
swego ciała, swego życia, swego i innych rozwoju, swojej i innych drogi
do oświecenia, swego i innych oświecenia, swoich związków z bliskimi
ludźmi itp.
Pamiętaj! - oczyszczenie intencji to nie jednorazowa modlitwa czy
medytacja, ale proces, który daje trwałe efekty dopiero po jakimś czasie!

Z książki L.Żądło
"Tajemne Moce Umysłu"

sobota, 12 września 2015

Czym jest miłość?
Przecież to każdy wie; a jeśli chodzi o „te rzeczy", to w dzisiejszych
czasach nie ma tajemnic. Z pewnością ty też masz na ten temat
wyrobione zdanie. I owo wyrobione zdanie kieruje twoje działania
i plany w niewłaściwą stronę. Miłość? Kiedy już uda nam się jej doświadczyć,
zaraz pojawia się lęk, że partner mnie opuści, że nie będę
dość dobry/dobra, że... coś tam. Czasem spotykasz tę jedyną bądź
jedynego i zaraz myślisz: „muszę się z nim/nią przespać". Czy
wiesz, na czym polega miłość w związkach? Czy jest to tak w romantycznych
filmach: ona od niego odchodzi, a on... Nie! To nie
miłość. To urojenie, które przeszkadza w miłości. Tam, gdzie jest ból
czy zranienie, tam nie było miłości. O cóż więc w niej chodzi? Problemem
większości ludzi jest całkowite niezrozumienie treści słowa
„miłość", ponieważ to, co pozostaje poza codziennym doświadczeniem,
jest trudne do zaakceptowania, a jeszcze trudniejsze do zrozumienia.
Czym więc jest miłość?... Zródło słów wskazuje na uczucie,
które jest miłe i przyjemne, toteż wszelkie próby podkładania pod
słowo „miłość" treści sprzecznych z miłym samopoczuciem należy
traktować jako kłamstwa lub nadużycia.
Książka, którą właśnie trzymasz w ręce, z pewnością zaszokuje
większość czytelników. Proponujemy ci bowiem coś innego niż tworzenie
byle jakich związków tylko po to, by zaspokoić swoje potrzeby
przynależności, bezpieczeństwa, seksu itp. Nie powielamy wyświechtanych
pomysłów na to, jak manipulować partnerem czy
sobą w celu wzajemnego dostosowania się (chociaż stosując opisaną
tu metodę możesz sobie stworzyć i taki związek). Nie powołujemy
się też na autorytatywne, a chore wizje psychotycznych terapeutów
czy niedorobionych Mędrców Wschodu lub Zachodu. Zachęcamy cię
natomiast, byś spróbował przejść drogę, którą możesz przejść samodzielnie,
i osobiście sprawdził wszystko to, o czym piszemy. Dzięki
opisanej przez nas metodzie możesz osiągnąć każdy cel, który sobie
wyznaczysz. Możesz też osiągnąć znacznie więcej. Jako sposób realizacji
twoich doskonałych związków proponujemy ci otwartość -
otwartość na wszystko, co najlepsze, najdoskonalsze, najwyższej jakości.
Jednakże rozdymanie pożądań nie jest otwartością. Jest raczej
przejawem zachłanności. Stąd zachęcamy cię do zbadania własnych
potrzeb i oporów w zakresie tworzenia związków i do uwolnienia
się od nich oraz od ich presji. Uważamy, że nic i nikt poza tobą nie jest w stanie zaspokoić twoich potrzeb. Koncentrując się na nich możesz
co najwyżej przyciągnąć do siebie podobnego „zachłannika"
i dopiero wtedy dacie sobie popalić... Związki to nie tylko układy
między dwojgiem ludzi. W zasadzie każda relacja z otoczeniem nosi
pewne znamiona związku. Zachęcamy cię, abyś swoje relacje
z innymi ludźmi, a także z innymi stworzeniami opierał na miłości.
Nic innego nie da ci poczucia zaspokojenia i spełnienia. Nic innego
nie da ci również poczucia bezpieczeństwa, spokoju i sensu życia.
Pamiętaj też, że poza światem przejawionym istnieje jeszcze jedna
potęga, z którą warto wejść w związek oparty na miłości: to Bóg. Nie
ważne, czy w tej chwili akceptujesz taką możliwość i co nazywasz
Bogiem. Po jakimś czasie wykonywania ćwiczeń ułatwiających relaks
i rozszerzających świadomość sam odkryjesz, że u podstaw tego
świata istnieje jakaś inteligentna i potężna siła, do której możesz się
odwoływać i od której otrzymujesz wsparcie, pomoc, ochronę oraz
wszelkie dary i błogosławieństwa. Ta potężna siła kocha cię i sama
jest miłością.

Tekst pochodzi z książki:

Beata Augustynowicz i Leszek Żądło
"Związki miłości na ścieżce samorealizacji"


Jak odnaleźć miłość?

Miłość nie jest tym samym, co zakochanie się, pożądanie czy
podniecenie. Mimo że wydają się one miłe i przyjemne, to jednak nie
towarzyszy im relaks właściwy dla uczuć wyższych. A miłość jest
właśnie uczuciem wyższym. Cóż to jest wyższe uczucie? Czyżby
było lepsze? Czyżby ktoś, kto czuje miłość, stawał się dzięki temu
wyższy czy doskonalszy? Nie o to chodzi. Uczuć wyższych doznajemy
wówczas, gdy nasz umysł i ciało są zrelaksowane (czyli wolne
od napięć). Uczucia wyższe towarzyszą stanom bez
skupienia umysłu i woli na informacji najwyższej jakości. A cóż to za
dziwna informacja? Skąd ona pochodzi? Czy może od najwybitniejszych
naukowców? Nie. Informacja najwyższej jakości przychodzi
do nas (a raczej jest rozpoznawana), kiedy nasz umysł znajduje się
w stanie relaksacji, medytacji, wolności od wyobrażeń i oczekiwań.
Jak więc odnaleźć miłość? Hm, trudna sprawa, gdyż ona jest
w tobie, a pokazać ci ją może tylko Bóg, twoja Boskość. Wydobyć ją
na światło dzienne możesz za pomocą medytacji. Potem już tylko
pozostaje ci pozwolić na to, aby miłość coraz bardziej cię przepełniała.
Zatrać się w niej, zaufaj miłości, niech ona będzie twoim przewodnikiem
Nie bój się serca. Tylko to, co płynie z twego serca bez
wysiłku i oporu, jest prawdziwe. Gdy natrafiasz na miłość płynącą
z serca, chciałbyś płakać, bo to takie miłe, takie czyste, ciepłe i niewinne.
I... albo się zamykasz (bo nie wypada), albo puszczasz opór
i poddajesz się. Wtedy dzieją się cuda: łzy jak oszalałe spływają po
policzkach, czasem wręcz nie możesz się powstrzymać. To nic, nie
hamuj tego. To jest twoje uzdrowienie. Jak pewnie przeczuwasz, tylko
ta miłość jest naprawdę miłością. Możesz próbować ją oszczędzać,
zachowywać na specjalne okazje lub też żyć nią doświadczając
jej coraz więcej i więcej. Kiedy pozwalasz jej być, jest ona coraz czystsza
i coraz subtelniejsza. Ale żeby sobie całkiem swobodnie płynęła,
trzeba jej na to pozwolić. To zależy od twojej otwartości i czystości
twoich intencji (nastawień).
Kiedy zrelaksujesz swój umysł, odprężysz mięśnie i przestaniesz
zajmować się problemami swoimi, swoich bliskich i całego
świata, wówczas jesteś w stanie doświadczać miłości. Właśnie wtedy.
Miłość bowiem nie jest dodatkiem do trosk. Będzie tym głębsza,
im łatwiej i chętniej puścisz wszelkie zobowiązania, wysiłki, misje
i wyobrażenia. Toteż aby doświadczać miłości, należy pozwolić sobie
znaleźć się w stanie umysłu nieuwarunkowanym jakimikolwiek
oczekiwaniami, czy to na przyjemność, czy na nieprzyjemność (np.
cierpienie). Miłość pojawia się wówczas, gdy pozwalasz płynąć bez
przeszkód wewnętrznej energii, czyli właśnie wtedy, gdy puszczasz
wszelkie napięcia. Jeśli uda ci się zaakceptować prawdę, że to, co
jest, jest w swej istocie doskonałe, wówczas przestaniesz czuć niezadowolenie,
uwolnisz się od zachłanności na cokolwiek (szczególnie
na to, co mają inni, a nie ty), przestaniesz się wtrącać w cudze sprawy
i wreszcie otworzysz się na miłość, czyli na niezakłócony przepływ
czystej energii życia przez twój umysł, serce i ciało. Miłość jest
uczuciem, które pojawia się podczas niezakłóconego przepływu życiowej,
Boskiej energii poprzez ciało. W takim stanie wielu ludzi
odczuwa potężną, ożywiającą ich siłę. Wydaje im się, jakby wstąpiła
w nich cudowna Boska moc, która prowadzi do natychmiastowej regeneracji
ciała, często nawet do cudownych uzdrowień. Znalazłszy
się w takim stanie wielu donosi o doświadczaniu Boga. Tak. Bóg jest
miłością. Bóg jest miłością, której można realnie doświadczać podczas
głębokiego relaksu, modlitwy kontemplacyjnej lub bez wysiłkowego
skupiania uwagi na najcenniejszych wartościach duchowych. Jeśli nie medytujesz na temat miłości, usiłując otrzymać odpowiedź
na pytanie, czym ona jest, możesz najwyżej cytować poglądy
innych lub bredzić coś na temat swoich rzekomych doświadczeń.
Przeczytałem kiedyś artykuł pewnego jegomościa (nie ujmuję
mu prawa do miłości i szacunku), któremu wydawało się, że poznał
i oświecenie, i coś lepszego od oświecenia - miłość, która (według
niego) jest pełnym cierpienia poświęceniem się dla cierpiących istot.
Wówczas zrozumiałem, skąd biorą się intencje, by nie stać się „oświeconym
egoistą". Niezależnie jednak od ideowego źródła takich
poglądów, zawsze kryje się za nimi syndrom dezaprobaty i poczucie
winy zmienione w pragnienie pokutowania przez pełnienie służby.
Ja wolę być wielkim egoistą i własnym przykładem pokazywać ludziom,
w jaki sposób możliwe jest uwolnienie się od cierpienia
i odczuwanie przyjemności płynącej z doznawania miłości. Czy
mógłbym ich o tym uczciwie przekonywać, gdybym sam chciał
nadal cierpieć? Zakłamanie przybiera niejednokrotnie formę altruizmu
albo stroi się w szaty „miłości". Mówiąc o miłości, powinieneś
nauczyć się rozróżniać między miłością warunkową (za coś) a miłością
bezwarunkową (niezależnie od wszystkiego). Tylko w wyniku
praktykowania medytacji lub kontemplacji jesteśmy w stanie
sprawić, by miłość bezwarunkowa stała się trwałym składnikiem nasze
go życia. Miłość jest, co prawda, naturalnym stanem istnienia
człowieka, jednak wpuszczenie jej do życia wymaga głębokiego
uzdrowienia, którego częścią jest właśnie praktyka medytacyjna,
a inną częścią afirmacja miłości. Miłość to z pewnością nie zakochanie,
które jest raczej transem zmieniającym perspektywę widzenia
i przykuwającym uwagę do przedmiotu zakochania niż doświadczaniem
przepływu czystej energii. Miłość nie jest również kateksją,
czyli przykuciem uwagi do przedmiotu zainteresowań, choć może
kateksji towarzyszyć. Głęboka miłość nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością
za prokreację, partnera czy potomstwo. Jest ona
wynikiem urzeczywistnienia koncentracji na temacie „miłość" podczas
medytacji. Miłość może mieć tylko jeden przedmiot - siebie
samą. Można odczuwać miłość, kiedy się myśli o konkretnych istotach
czy miejscach, jednak miłości człowiek doświadcza wówczas,
gdy ma czysty stosunek (czyste zamiary) wobec przedmiotów swoich
zainteresowań. A czyste zamiary to nic innego jak nieoczekująca
i nieoceniająca postawa.
Miłość daje moc tworzenia doskonałości.

Tekst pochodzi z książki:

Beata Augustynowicz i Leszek Żądło
"Związki miłości na ścieżce samorealizacji"


wysiłkowego
Emocje, a przemiany.

Rodzice i dziadkowie często mówią: „Jesteś brudny!", „Jaki niegrzeczny
chłopczyk!", „Jaki grzeczny chłopczyk!", „Moje cudo", „Mój
ty mały mężczyzno!" itd. Jakie więc będą wyobrażenia dziecka? Jest:
brudny i niegrzeczny, i grzeczny, i mały, i dorosły. NARAZ. JEDNOCZEŚNIE,
jeśli nie chce dostać „rozdwojenia jaźni".
W wyniku takich oddziaływań wychowawczych pojawia się lęk
przed sklasyfikowaniem siebie przez innych jako człowieka „szalonego",
„nienormalnego", który to lęk jest u większości ludzi niesłychanie
silny. On blokuje możliwość radosnego przeżywania. Nawet w domowym
zaciszu. On też wyzwala przerażenie na myśl o samopoznaniu.
Przecież lepiej wierzyć, że „ze mną wszystko w porządku". Wydaje się
to pozytywne, a ukrywa tylko pomieszanie. Może słyszałeś taką wypowiedź:
„Kocham ciebie, ty mały chuliganie"? Przecież to takie milutkie
dla ucha! Jeżeliby jednak przyjrzeć się, to zarazem wypowiedziano: lubię
i nie lubię, w jednym zdaniu. Czy więcej trzeba, by przedstawić
pomieszanie w wyobrażeniach i możliwość jednoczesnego wyobrażania
SOBIE DWÓCH PRZECIWSTAWNYCH SOBIE RZECZY?
Na co dzień wchodzimy najczęściej w to, co znamy, z czym
umiemy się obchodzić, ponieważ czujemy się wtedy bezpieczniej.
Złość, nienawiść, agresja, zazdrość? Niektórzy lubią je czuć.
Czy pozwalasz sobie je przeżywać? Są to niszczące uczucia, jeśli nie
umiesz z nimi się obchodzić. Możesz cierpieć z ich powodu (nie wiedząc,
co robić w takich sytuacjach). Ja to nie emocje, które są we
mnie. Ja jestem miłującą Jaźnią. Mogę wtedy np. rozmawiać z człowiekiem,
który mówi, że mnie nienawidzi. Mogę odczuwać nienawiść,
mówić o niej, a jednocześnie nie być agresywnym wobec niego.
Mogę uwalniać się od agresji.
Uczucia i emocje są potrzebne NASZYM WYOBRAŻENIOM.
Bez uczuć i emocji nasza kreacja nie działałaby. Warto więc nauczyć
się je świadomie wywoływać. Emocje są zależne od naszych decyzji.
Możemy mieć nad nimi pełną władzę dzięki świadomej wizualizacji.
Wymaga to jednak nieustannej aktywności i uważności. To po
pewnym czasie męczy. Emocje poznajemy po to, żeby móc je bezpiecznie
porzucić, gdy już nie spełniają funkcji inspiracyjno-poznawczych.
Uczucia i emocje raz są klasyfikowane jako korzystne, innym
razem jako przeszkadzające. Jednak bez względu na to, jak je
oceniamy, mają wpływ na jakość naszego życia, gdyż w sposób bezpośredni
wiążą się z wyobrażeniami.
Przypatrzmy się przykładom:
• Okrucieństwo - często wynika z błędnych wyobrażeń o miłości:
„Czasami trzeba zranić kogoś dla jego dobra. Bywa to konieczne
nawet wobec osób, które najmocniej kochamy". Okrucieństwo nie jest
potrzebne. Przecież istnieje wsparcie energią miłości.
• Gniew - często ludzie myślą, że pod wpływem gniewu ranią
innych, poniżają, „sieją wiatr, a zbierają burzę". Gniew sam w sobie
ie jest ani dobry, ani zły. Po prostu jest niską wibracją. Tak jak wszystkie
inne emocje. Czy użyję go tak, czy inaczej, zależy od moich
tencji i umiejętności. Gdy poznam przyczynę emocji i pokażę ją sobie
i innym, niepotrzebne mi będzie wyżywanie się,
czyli destrukcyjny sposób wyrażania gniewu. Po prostu porzucę go.
• Złość jest reakcją na poczucie zagrożenia, a ono nie musi mieć
nic wspólnego z rzeczywistością; raczej wynika z domniemań.
Jeśli domniemaniom nadasz odpowiednią moc, wówczas one się
zmaterializują. Podobnie możesz mieć wyobrażenie, że zasługujesz na
poniewieranie, że ktoś chce tobą poniewierać.
Przeciętny człowiek chce potwierdzić własne wyobrażenia.
Wydaje się to mądre. W swoich wyobrażeniach człowiek czasem staje
się atrakcyjniejszy, gdy czuje się przesycony emocjami. Sięga wówczas
do głębi swej „złożoności emocjonalnej".
Wyobraża sobie, że bez emocji by go nie było. Emocja to ŻYJACE
WSPOMNIENIE TEGO, CZEGO NIE ZROBIŁEŚ do końca. Nie
jest spontaniczna, a więc MA PRZYCZYNĘ. Wielu myśli jednak, że
emocjonalne przeżywanie uniesień jest spontanicznością.
Kto postępuje pod wpływem emocji, najczęściej poddaje im swoją wolę.
Przez rozwijanie emocji zmniejsza świadomość Boskiej doskonałości swej
istoty.
Wyrażanie tej samej emocji może siać spustoszenie agresją lub
wsparte świadomą działalnością umysłu i czystymi intencjami
uleczać relacje między ludźmi. To, jaki sposób reakcji wybierzesz,
zależy od ciebie. Bądź więc świadomy, choć może na początku nie
będziesz wiedzieć, jak wyrazić emocje w sposób konstruktywny. Jednak
wystarczy sama intencja, aby powoli zmieniać sposób przeżywania,
a intuicja wskaże drogę.
Głębokie odczuwanie niesie z sobą uświadomienie i możliwość
ponownego wyboru, a przede wszystkim otwiera nas na odczuwanie
wyższych uczuć.
Ludzie, którzy nie radzą sobie z uczuciami, traktują wszystko,
co wychodzi poza ramy ich wyobrażeń, jako atak na siebie. Czy daje
to możliwość przeżywania radości bez przyczyny? Spięte ciało nie
ma możliwości przesyłania energii miłości, a uzależnienie od spełniania
warunków zamyka człowieka w kręgu zadowolenia i przykrości.
A czułość, delikatność, radość, wesołość? Czy je odczuwasz?
Czy umiesz je uzewnętrznić, wyrazić? Czy gdy je przeżywasz, emanują
z ciebie tak, że inni to zauważają? Czy zauważyłeś barierę,
przez którą nie wychodzą na zewnątrz twoje emocje i uczucia?
Emocje są związane z niskimi wibracjami. Emocje to spadek
z przeszłości. Wyrażanie emocji to emanacja energii według dawnego
wzorca. Chcesz działać TAK JAK WTEDY. Po prostu niesie cię fala
emocji, a one zawsze chybiają. Tu widać wielki wpływ tych wzorcow
na twoje życie i działanie.
Niezdolność do odczuwania pozytywnych uczuć stawia bariery
kreacji- Stawia je, ponieważ pozytywne treści wiążą się jednoznacznie
z pozytywnymi uczuciami. Zamknięcie się w kręgu emocji powoduje,
że twoje kreacje (świadome bądź nieświadome) stwarzają ci
kiepskie warunki życia.
Dostrajanie się do wyższych poziomów wibracyjnych
świadomości skutecznie od nich uwalnia.


Tekst pochodzi z książki:
Beata Augustynowicz i Leszek Żądło
"Związki miłości na ścieżce samorealizacji"