czwartek, 29 października 2015

Towarzyszenie bliskiej osobie w jej ostatnich chwilach

Jednym z problemów dzisiejszej medycyny jest fakt, że lekarze o wiele za rzadko proponują pacjentom terapie naturalne. A przecież doskonale wiadomo, że są one bardzo skuteczne, jeśli chodzi o leczenie bólu i wielu chorób! Nie mają groźnych skutków ubocznych, ani nie są tak kosztowne, jak większość leków syntetycznych. Trzeba tylko wiedzieć, co i jak stosować.
Szanowny Czytelniku,
otrzymałeś już z pewnością mój newsletter o 10 oznakach nadchodzącej śmierci. Skupiłem się w nim na chorym umierającym i na jego potrzebach.
Dziś chciałbym skoncentrować się na osobie, która mu towarzyszy w ostatnich chwilach.
Bezpośrednio po zdiagnozowaniu poważnej choroby cała uwaga przenosi się na procedury medyczne, na trudne zmiany w życiu rodzinnym i zawodowym, na poszukiwanie sposobów leczenia, konwencjonalnych lub alternatywnych.
Jest to okres, w którym zarówno chory, jak i jego bliscy, są bardzo zajęci.
Jeśli jednak rzecz dotyczy raka lub innej ciężkiej choroby, to może nadejść taki moment, gdy trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy.
Oczywiście, cudowne wyleczenie zawsze jest możliwe. Są przecież nawet takie przypadki, gdy pacjent budzi się… w kostnicy. W literaturze medycznej zanotowano wiele przypadków niewytłumaczalnych uzdrowień, mimo iż w opinii lekarzy dla tych pacjentów nie było już nadziei. Przykładem są nie tak odległe następujące historie:
  • 12 sierpnia 2014 r. stwierdzono zgon małego Jasona, który utopił się w basenie w mieście Valenciennes. Chłopczyk raczkował i wpadł do basenu. Przeprowadzono reanimację, jednak wszystko wskazywało na to, że bez skutku. Każdy wypuszcza teraz wodę z własnego basenu - powiedział jeden z mieszkańców w wywiadzie dla dziennika „La Voix du Nord”. Tego samego popołudnia, 14-miesięczny Jason otworzył oczy w kostnicy szpitala uniwersyteckiego w Valenciennes, w chwili, gdy pracownik szpitala otwierał plastikowy worek, w którym złożone było już ciało chłopca. Jego serce znów biło1.
  • 28 lutego 2014 r., 78-letni Walter Williams został uznany za zmarłego we własnym domu w Mississippi (USA). Zgon stwierdził lekarz medycyny sądowej, po sprawdzeniu tętna. Waltera Williamsa przetransportowano do miejskiego domu pogrzebowego, tam się obudził i zaczął uderzać w materiał, którym był owinięty. Próbował się wydostać. Udało mu się, chociaż już planowane było balsamowanie zwłok2.
Jednakże, jeśli na przykład rak jest w fazie terminalnej i z przerzutami, uzdrowienia zdarzają się bardzo rzadko (jeden przypadek na sto tysięcy). Przychodzi więc taki moment, gdy już nie chodzi o działanie i leczenie, ale o to, aby złagodzić cierpienie chorego i aby zaakceptować, że zbliża się koniec. Dla wielu osób to najtrudniejszy okres i budzi najwięcej obaw.

To normalne, że odczuwa się rozpacz i bezsilność

Jeśli zbliża się śmierć ukochanej osoby lub bardzo bliskiego przyjaciela, możliwe, że ogarnie Cię rozpacz, strach i poczucie, że nie jesteś w stanie tego znieść.
To są normalne emocje. Nikt nie zna wszystkich i ostatecznych odpowiedzi na pytanie, czym jest śmierć. To logiczne, że w obliczu nieznanego pojawia się strach, a nawet panika. Nawet osoby, które, stykając się ze śmiercią, wyglądają na spokojne i pewne siebie, wcale nie wiedzą lepiej niż inni o tym, co naprawdę się dzieje.
Te osoby po prostu akceptują ludzkie ograniczenia. W zetknięciu z tajemnicą życia, nasze możliwości działania mają pewne granice, nasza wiedza i rozumienie także, podobnie jak nauka i medycyna.
Dlatego tak ważne jest, aby powiedzieć osobom zrozpaczonym zbliżającą się śmiercią bliskiej osoby, że to normalne, iż nie wiedzą, co powiedzieć ani co zrobić. Na to nie ma podręcznika, na to nie ma żadnego przepisu.

Pozwól decydować osobie umierającej

Osoba w stanie terminalnym może chcieć zrealizować ostatnie życzenie, może chcieć wykorzystać ostatnie chwile, gdy jest przytomna. Chociaż nie jest to regułą, nie u każdego tak się dzieje.
Niektórzy nie chcą wracać do wspomnień, nie chcą przypominać sobie szczęśliwych chwil z przeszłości, skoro ich aktualna sytuacja jest bolesna i tragiczna. W zależności od etapu choroby, chcą rozmawiać lub wolą, abyś ktoś posiedział obok w milczeniu.
Jeśli nie wiesz, czego chce bliska Ci osoba, zapytaj ją o to. Jeśli nie wiesz, czy możesz dłużej przy niej posiedzieć, zapytaj ją, czy możesz zostać, czy chce, by jej w czymś pomóc, coś zrobić. Nie obrażaj się ani nie martw, jeśli będzie chciała zostać sama. Nikt z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić, co tak naprawdę przeżywa osoba umierająca, dlatego z pewnością nie oznacza to, że Cię odrzuca ani że Cię nie kocha.

Nie czekaj na ostatnią chwilę

Kiedy życie dobiega końca, trzeba omówić pewne praktyczne kwestie, zanim nadejdzie ten ostatni moment.
Mam tu na myśli takie tematy jak opieka w ostatnich chwilach życia, kwestie finansowe, podział spadku, organizacja pogrzebu, a nawet dalsze decyzje dotyczące Ciebie w okresie po śmierci bliskiej osoby.
Większość osób nie chce rozmawiać na te tematy, czeka z nimi aż do ostatniej chwili. Powodem jest trochę zabobonny strach przed śmiercią oraz obawa, że przez takie rozmowy zaklina się los. Inni nie chcą okazać bliskiej osobie, że uważają, iż umrze, aby jej nie urazić.
Jednak jesteśmy dorośli, wszyscy dobrze wiemy, że każdy prędzej czy później umrze. To nie żaden wstyd rozmawiać na te tematy, to wcale nie jest nietaktowne ani niezdrowe. Za to im wcześniej, tym lepiej.
Te rozmowy zawsze są niezwykle bolesne i trudne.
Jednak nie odkładaj ich, nie zostawiaj na ostatnią chwilę, ponieważ, jeśli pogorszy się stan chorego, późniejsza rozmowa może być niemożliwa.
Po śmierci bliskiej osoby możesz zostać sam z tymi wszystkimi pytaniami bez odpowiedzi. To wywoła jeszcze większy ból i stanie się źródłem problemów natury praktycznej, z którymi możesz nie być w stanie sobie poradzić. Począwszy od takich kwestii jak klucze, konta bankowe, długi lub ewentualne oszczędności, aż po rozważania, czy ponownie się ożenić/wyjść za mąż czy też pozostać samotnym; kto zaopiekuje się niedołężnym rodzicem; co z domowym zwierzęciem; gdzie są dokumenty ubezpieczeniowe; jaki postawić nagrobek itd., itd.
Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię (nagrobek), większość osób, które w ostatnich latach nie straciły nikogo bliskiego, zupełnie nie zdaje sobie sprawy, jak wielki to problem. Okazuje się, że zakup miejsca na cmentarzu kosztuje od kilkuset do kilku tysięcy złotych, wykopanie grobu kolejnych kilkaset złotych. Do tego od trzech do sześciu tysięcy złotych za zwykły kamienny nagrobek, lub o wiele więcej, jeśli chcesz bardziej wyszukany pomnik. Aby się o tym przekonać, wystarczy udać się do jakiegokolwiek kamieniarza.
Możliwe są oczywiście tańsze rozwiązania. Jednak niezależnie od tego, co wybierzesz, warto pamiętać, że oszczędzanie na pogrzebie jest ryzykowne. Może skomplikować Twój stan żałoby i zostawić Cię z ciążącym poczuciem, że czegoś się nie dopełniło.
Nie bez powodu ostatnie strony „Ojca Goriot”, powieści Honoriusza Balzaka, należą do najsłynniejszych i najbardziej patetycznych tekstów w całej literaturze francuskiej. Opisany jest tam tani pogrzeb starego mężczyzny, niegdyś bogatego, który popadł w nędzę, gdyż cały majątek poświęcił dla zaspokojenia ambicji córek. Przez całą powieść Czytelnik żywi nadzieję, że córki wyrażą skruchę. Jednak gdy starzec umarł, te porzuciły go, umieszczając w zbiorowym grobie, po pospiesznej ceremonii pogrzebowej. Staje się oczywiste, że nie należy już liczyć na jakąkolwiek poprawę córek. Czytelnik pozostaje z nieprzemijającym poczuciem niezgody na taką niegodziwość.
Z kolei z najwyższym podziwem można oglądać pozostałości cywilizacji starożytnych, świadczące o tym, z jaką czcią traktowano zmarłych. Turyści tłumnie odwiedzają dziś i podziwiają piramidy w Egipcie (a to przecież grobowce), Taj Mahal w Indiach (także grobowiec) czy Zamek Świętego Anioła w Rzymie, który nie jest niczym innym jak mauzoleum (grobowcem) rzymskiego cesarza Hadriana (zmarłego w 136 roku). Dolmeny stawiane przez europejskie cywilizacje starożytne to grobowce, podobnie jak zachwycające pomniki z wizerunkami leżących zmarłych rycerzy średniowiecznych, rzeźbionych z marmuru lub brązu. Wiele katedr jest także w pewnym sensie pomnikami nagrobnymi, gdyż wzniesiono je nad kryptami, tj. nad miejscem pochówku zmarłych.
Tymczasem współcześnie wiele osób uważa, iż godne pochowanie zmarłych nie ma w gruncie rzeczy większego znaczenia…

Żadne słowa nie będą idealne

Znaczną część życia spędzamy na komunikowaniu się, mówiąc, pisząc maile, telefonując itd. A jednak, gdy przychodzi czas na rozmowę o śmierci albo na pożegnanie z bliską osobą, może zabraknąć słów.
Nawet jeśli masz łatwość w porozumiewaniu się, i tak będziesz mieć wrażenie, że słowami nie wyraziłeś wszystkiego. Ma to związek z kwestią, o której wspomniałem powyżej, że dla żywych śmierć zawsze pozostanie wieczną tajemnicą. Dlatego nie wiadomo, czy poprawnie jest powiedzieć „do zobaczenia” czy „żegnaj” do osoby wyruszającej do innego świata, z którego nikt nigdy nie wrócił.
Trzeba wydostać się z pułapki, jaką jest wewnętrzna presja, aby znaleźć idealną odpowiedź i idealne słowa.
Czasami lepiej jest zupełnie nic nie mówić. Najlepszą komunikacją może być ta niewerbalna: usiądź przy umierającej osobie, trzymaj ją za rękę, możesz delikatnie gładzić jej rękę, o ile wcześniej taki gest był naturalny w waszej relacji.

Nie pozwól, aby sparaliżował Cię strach

Uświadomienie sobie, że zbliża się śmierć bliskiej osoby, często wywołuje strach. Strach przed własną śmiercią, strach przed cierpieniem bliskiej osoby, strach przed chorobą. Jest to zupełnie naturalne i trzeba to po prostu zaakceptować.
Nie możesz jednak pozwolić, aby strach uniemożliwił Ci przebywanie z umierającą osobą. Owszem, wymaga to odwagi. Najlepiej pomyśl o tym, że taka obecność jest dla niej wielkim wsparciem, a dla Ciebie może być jedną z najważniejszych chwil w całym życiu.
To może być także okazja na powiedzenie ważnych słów, na bardzo ważne ludzkie doświadczenia życiowe, które obu stronom pomogą poradzić sobie z rozdzieleniem. Dr Zaider ze Sloan Kettering Memorial twierdzi, że osoby, które mogą doświadczyć takich chwil z ukochaną osobą przed jej śmiercią, lepiej znoszą żałobę niż pozostałe3.

Podtrzymuj na duchu swoich bliskich

Małżonek i rodzina osoby umierającej są najczęściej bardzo wyczerpani psychicznie i fizycznie. Wymagająca opieka, ciężar emocjonalny i wszystkie trudne decyzje, jakie trzeba podejmować, mogą dawać poczucie odosobnienia w bólu.
Potrzebują wsparcia. Ty także będziesz kiedyś potrzebować takiego wsparcia. Dlatego bez wahania im pomóż. Odwiedź ich. To może przynieść pocieszenie nie tylko osobie chorej, ale także jej rodzinie, aby ta poczuła się mniej samotna. Rodziny długo pamiętają o takich gestach życzliwości.
Oczywiście bywają też takie chwile, gdy odwiedziny nie są ani pożądane, ani nawet możliwe. Wówczas możesz wysłać list czy kartkę z dobrym słowem, zaproponować przyniesienie czegoś, co jest potrzebne lub zostawienie kolacji. To może pomóc rodzinie lepiej poradzić sobie w trudnych chwilach.
Nie rób niczego, oczekują odwzajemnienia. Jednak wsparcie, którego im udzielisz w tych chwilach, z pewnością pozwolą im uświadomić sobie, jak ważne są takie gesty. I jest większe prawdopodobieństwo, że zachowają się podobnie wobec innych ludzi, jeśli zajdzie taka potrzeba.
To wszystko, co chciałem napisać. Zdaję sobie sprawę, że jest jeszcze wiele informacji dotyczących tego bardzo ważnego tematu.
Z wyrazami szacunku,
Jean-Marc Dupuis

niedziela, 25 października 2015

Najdłuższa droga w moim życiu czyli czego należy oczekiwać od terapii?

Żadna droga w moim życiu nie była tak długa jak ta, która miała mnie zaprowadzić do mnie samej. Nie wiem czy jestem tu jakimś wyjątkiem czy też inni postrzegają to podobnie. Z pewnością są ludzie, którzy nie podlegają tej regule; mieli to szczęście i byli w pełni przez swoich rodziców akceptowani wraz ze swoimi uczuciami i potrzebami. I mogli mieć dostęp do swoich uczuć i potrzeb od pierwszych dni swego życia, nie musieli ich tłumić, nie musieli też potem szukać dróg prowadzących do tego, czego nie dostali w odpowiednim momencie – dróg do samych siebie. Ja potrzebowałam całego swojego życia by w końcu ośmielić się być taką, jaką jestem; słyszeć to, co moja wewnętrzna prawda mi mówi w sposób coraz bardziej jasny i nie zakodowany, nie czekając na pozwolenie z zewnątrz, ze strony osób, które w jakiś sposób symbolizowały moich rodziców.
Jestem dość regularnie pytana o to, czym jest dla mnie udana terapia, pomimo iż sporo o tym napisałam w swoich książkach. Teraz jestem chyba w stanie sformułować to w sposób jaśniejszy: terapia jest udana w takim stopniu, w jakim pozwala skrócić długą drogę wiodącą ku wyzwoleniu się ze starych mechanizmów obronnych i nabraniu zaufania do swoich własnych odczuć, co nasi rodzice utrudniali lub wręcz uniemożliwiali nam we wczesnych fazach naszego rozwoju.
Liczni są ci, dla których droga ta pozostaje nieosiągalna, gdyż wstępu na nią zabroniono im od początku życia i nawet sama myśl o jej obraniu budzi w nich nieopisany lęk.
W późniejszym czasie rolę rodziców przejmują nauczyciele, księża, społeczeństwo, moralność, tak, że obawa w dziecku zostaje utwardzona, jak cement, a każdy wie, że raczej trudno jest przejść ze stanu stałego jak cement, do stanu płynnego.
Zarówno liczne metody auto-nauczania komunikacji bez przemocy, jak i cenne rady Thomas’a Gordon’a i Marshall’a Rosenberga są bardzo skuteczne jeśli osoby, które robią z nich użytek miały w dzieciństwie możliwość okazywania swoich uczuć i emocji bez narażania się na niebezpieczeństwo, żyjąc wśród osób dorosłych, posiadających umiejętność bycia w kontakcie ze sobą i mogących być wzorem do naśladowania. Lecz dzieci z głęboko poranioną tożsamością nie będą potrafiły w późniejszym okresie życia identyfikować swoich prawdziwych uczuć i potrzeb. Najpierw muszą się tego nauczyć w terapii, następnie weryfikować te nowe umiejętności aż do momentu, gdy nabiorą pewności, że się nie mylą.
Dziecko niedojrzałych lub zaburzonych rodziców musiało cały czas wierzyć, że jego uczucia i potrzeby były fałszywe. Tłumaczyło sobie, że gdyby były one prawdziwe, jego rodzice nie odmawialiby kontaktowania się z nim.
Myślę, że żadna terapia nie jest w stanie zaspokoić potrzeby, jaką bez wątpienia odczuwa wiele osób - potrzeby by w końcu wszystkie problemy, jakim musiały one dotąd stawiać czoła zostały rozwiązane. Nie wydaje się to możliwe, gdyż życie nas stawia i będzie stawiało przed coraz to nowymi problemami, mogącymi reaktywować stare wspomnienia, których fragmenty nasze ciało przechowało w sobie.
Terapia powinna otwierać drogę wiodącą do naszych własnych uczuć, i niegdyś zranione nasze dziecko wewnętrzne powinno móc mówić a dorosły w nas powinien być świadomy jego obecności i nauczyć się jego języka. Jeśli terapeuta jest rzeczywistym, przezroczystym świadkiem a nie wychowawcą, jego pacjent nauczy się dopuszczać do siebie uczucia i emocje, rozumieć ich intensywność i uświadamiać je sobie, co sprawia, że w miejsce starego koduje się nowy zapis. Oczywiście, ex-pacjent, jak każdy inny człowiek, będzie potrzebował przyjaciół, z którymi, w sposób bardziej dojrzały, będzie mógł dzielić się swymi kłopotami, problemami czy wątpliwościami. Relacje oparte na wykorzystywaniu nie będą już wchodziły w grę, jeśli obie strony będą już świadome nadużyć doznanych w dzieciństwie.
Emocjonalne zrozumienie dziecka, jakim byłam i tym samym jego historii, zmienia mój sposób podchodzenia do siebie samej i daje mi coraz więcej siły by inaczej, bardziej racjonalnie i skutecznie, traktować problemy, które się dziś pojawiają. Nie jest możliwa ucieczka przed cierpieniem i bolesnymi doświadczeniami, to zdarza się tylko w bajkach. Lecz jeśli przestaję być dla siebie zagadką, mogę pozwolić sobie na refleksję i świadome działanie, mogę zrobić miejsce napływającym uczuciom gdyż je rozumiem i nie przerażają mnie one w takim stopniu jak niegdyś. To właśnie w ten sposób można zmieniać siebie, mając w rękach narzędzia pozwalające poradzić sobie w sytuacjach gdy pojawia się depresja lub wracają symptomy cielesne. Wtedy wiem, że one coś oznaczają, że coś chce się przebić na powierzchnię i mogę jedynie pozwolić by to wypłynęło.
Poszukiwanie drogi powrotu do siebie to proces trwający całe życie, więc koniec terapii nie oznacza końca tej wędrówki. Tyle, że podczas terapii możemy nauczyć się odkrywania i identyfikowania swoich prawdziwych potrzeb, brania ich pod uwagę w życiu i zaspokajania ich. To jest właśnie to, czego zranione dzieci nie mogły rozwinąć we wczesnym okresie życia. Praca z terapeutą może nas nauczyć zaspokajania potrzeb, które dzięki niej pojawią się dużo wyraziściej i z większą siłą, w sposób indywidualny dla każdego z nas i bez szkodzenia innym. Pozostałości wcześnie wpojonej edukacji nie zawsze dają się wyeliminować całkowicie, lecz można je wykorzystać konstruktywnie, aktywnie i twórczo, jeśli będziemy je sobie uświadamiać zamiast je znosić w sposób pasywny i autodestrukcyjny, jak niegdyś.
W ten sposób, stawszy się osobą dorosłą i świadomą, jednostka, której przeżycie zależało od tego czy spełni potrzeby rodziców i będzie taka jak pragną, staje się zdolna zaprzestać rezygnowania ze swoich potrzeb i nie musi służyć innym, tak jak musiała to robić będąc dzieckiem.
Może teraz rozwinąć i wykorzystać swoje przedwcześnie nabyte umiejętności troszczenia się o innych, by ich rozumieć i pomagać im bez zaniedbywania siebie i własnych potrzeb. Możliwe, że zostanie terapeutą i w ten sposób zaspokoi swoją chęć pomagania, lecz nie będzie wykonywać tego zawodu po to, by udowodnić sobie swoją siłę. Nie musi już tego robić, bo przeżyła ponownie swoją dziecięcą niemoc.
Może stać się przezroczystym świadkiem, który proponuje swojemu klientowi towarzyszenie w trudnej drodze. To musi się odbywać w środowisku, gdzie nie istnieje żadna presja moralna, gdzie pacjent doświadcza (często po raz pierwszy w życiu) co znaczy poczuć siebie prawdziwego. Terapeuta może mu to zapewnić, pod warunkiem, że sam już wie, co to znaczy, bo sam to przeżył. Wtedy jest gotów porzucić stare „podpórki” - zarówno normy moralne jak i wpojone zasady (wybaczanie, „pozytywne myślenie”, etc.). Już ich nie potrzebuje bo widzi, że ma całkiem sprawne nogi i jego pacjent również. Przestają one być im konieczne gdy tylko pozwolą opaść złudzeniom zakrywającym prawdę o ich dzieciństwie.
Alice Miller
Skąd wyrasta przemoc?
 
 Od paru lat mamy już dowody na to, że niszczące skutki traumatycznych przeżyć z dzieciństwa wiążą się z kosztami, których nie można uniknąć, a które musi płacić społeczeństwo. Wciąż jednak nie wolno nam przyznać się, jaka jest skala tego zjawiska.

Ta wiedza dotyczy dosłownie każdego z nas i - gdyby była rozpowszechniana dostatecznie szeroko - musiałaby prowadzić do fundamentalnych zmian społecznych, przede wszystkim do zatrzymania ślepej eskalacji przemocy. Dalej rozwijam tę myśl w dwunastu punktach.

1. Wszystkie dzieci rodzą się po to, aby rosnąć i rozwijać się, aby żyć i kochać, wyrażać swoje myśli i uczucia oraz chronić siebie.

2. Do swego rozwoju dzieci potrzebują szacunku i ochrony dorosłych, traktujących je serio, kochających i gotowych do rzetelnej pomocy - aby mogły stać się zdolne do poruszania się w świecie.

3. Kiedy te żywotne potrzeby pozostaną niezaspokojone, a zamiast tego dzieci służą dorosłym do zaspokajania ich potrzeb - są wykorzystywane, bite, karane, nadużywa się ich i manipuluje nimi, są zaniedbywane i oszukiwane - i żaden świadek się temu nie przeciwstawi, to taka sytuacja trwale narusza ich integralność.

4. Normalną reakcją na krzywdę powinny być złość i cierpienie, ponieważ jednak dzieciom w tak raniącym środowisku nie wolno wyrażać swojej złości, a nie da się znieść takiego bólu w pełnej samotności, są one zmuszone tłumić swoje uczucia, wypierać wszystkie bolesne wspomnienia i idealizować krzywdzicieli. Później nie będą pamiętały krzywd, jakie im wyrządzono.

5. Oddzielone od swojej pierwotnej przyczyny, przeżywane przez dzieci uczucia złości, beznadziejności, rozpaczy, tęsknoty, lęku i bólu znajdą w przyszłości ujście w destrukcyjnych działaniach wymierzonych w innych ludzi (przestępstwa, masowe morderstwa) lub w siebie samych (narkomania, alkoholizm, prostytucja, zaburzenia psychiczne, samobójstwa).

6. Jeżeli taki człowiek zostanie rodzicem, będzie często akty zemsty za złe traktowanie w dzieciństwie kierował przeciwko własnym dzieciom, z których zrobi kozły ofiarne. Nadal w naszym społeczeństwie krzywdzenie dzieci - jeśli się je uważa za wychowywanie - jest akceptowane, a nawet poważane. Tragedia polega na tym, że rodzice biją swoje dzieci, aby uniknąć uczuć, których źródłem jest to, jak sami byli traktowani przez swoich rodziców.

7. Jeśli krzywdzone dziecko nie ma zostać przestępcą albo pacjentem psychiatrycznym, najważniejsze jest, aby przynajmniej raz w życiu zetknęło się z kimś, kto wie i nie ma żadnych wątpliwości, że to otoczenie jest winne, a nie bezradne bite dziecko. W tym sensie od poziomu wiedzy lub ignorancji w społeczeństwie zależy to, czy jego życie zostanie uratowane, czy zniszczone. To wielka szansa dla krewnych, pracowników socjalnych, terapeutów, nauczycieli, lekarzy, psychiatrów, urzędników i pielęgniarek - wspierać dziecko i wierzyć mu.

8. Dotychczas społeczeństwo chroniło dorosłych i obwiniało ofiarę. Było współwinne w swojej ślepocie, usprawiedliwianej przez różne teorie, wciąż trzymając się zasad pedagogicznych pradziadków, zgodnie z którymi dzieci są postrzegane jako przebiegłe i złośliwe istoty, opanowane przez złe skłonności, które wymyślają kłamstwa i atakują swoich niewinnych rodziców albo pożądają ich seksualnie. Tymczasem w rzeczywistości dzieci mają skłonność do obwiniania siebie za okrucieństwo rodziców i rozgrzeszania tych, których mimo wszystko kochają i całkowicie zwalniają od odpowiedzialności.

9. Od jakiegoś czasu można już dzięki nowym metodom terapii udowodnić, że wyparte traumatyczne przeżycia z dzieciństwa zapisują się w ciele i poprzez nieświadomą część naszej psychiki wywierają wpływ w dorosłym życiu. Wiemy już, że nawet niemowlę od pierwszych chwil swego życia reaguje zarówno na czułość, jak i na okrucieństwo, i że się ich uczy od samego początku.

10. W świetle naszej najnowszej wiedzy, kiedy urazy z dzieciństwa już nie muszą pozostawać pod osłoną ciemności, nawet najbardziej absurdalne zachowania odsłaniają swoją dotąd ukrytą logikę.

11. Nasze uwrażliwienie na okrucieństwo, z jakim traktuje się dzieci - okrucieństwo, któremu dotychczas powszechnie zaprzeczano - i na jego skutki już niedługo doprowadzi do tego, że przekazywanie przemocy z pokolenia na pokolenie zostanie przerwane.

12. Osoby, których integralność nie została naruszona w dzieciństwie, które były chronione, szanowane przez rodziców i z którymi postępowali oni uczciwie, będą - zarówno w młodości, jak i w dorosłości - inteligentne, wrażliwe, współczujące, otwarte. Będą cieszyć się życiem i nie będą mieć żadnej potrzeby zabijania czy choćby krzywdzenia innych ani siebie. Tacy ludzie będą korzystać ze swojej siły, żeby się bronić, a nie żeby atakować. Nie będą w stanie robić nic innego, jak szanować i chronić słabszych od siebie, również dzieci, ponieważ tego nauczyli się z własnego doświadczenia i ponieważ taka wiedza (a nie doznane okrucieństwa) gromadziła się w nich od początku. Dla nich będzie czymś niepojętym, że poprzednie pokolenia musiały zbudować gigantyczny przemysł wojenny, aby poczuć się wygodnie i bezpiecznie na tym świecie. A ponieważ nie będzie nimi podświadomie kierował impuls bronienia się przed zastraszeniem, którego doświadczyli bardzo wcześnie, będą radzić sobie z obawami i zagrożeniami w dorosłym życiu bardziej racjonalnie i twórczo.
Alice Miller odpowiada na pytanie - Skąd wyrasta przemoc?

[na podstawie www.alice-miller.com]
Źródło: www.swiatproblemow.pl

piątek, 23 października 2015

Kluczem jest otwarte porozumiewanie się

Zdolność do przekazywania intymnych myśli, uczuć i pragnień seksualnych jest dla wielu z nas prawdopodobnie jedną z najtrudniejszych rzeczy do wykonania. Często boimy się powiedzieć to, co naprawdę myślimy lub czujemy, ponieważ nie chcemy zranić uczuć naszego partnera lub boimy się, że zostaniemy odrzucone lub wyśmiane. W rzeczy samej, zbyt często zdarza się, że próby dwojga ludzi szczerego porozumienia się w sprawach seksu, przekształcają się w kłótnie i nieporozumienia. Komunikowanie się, to wieczny dialog pomiędzy partnerami, a każda osoba jest w 100 procentach odpowiedzialna za swój udział w tym procesie. Gdy kobieta nauczy się rozumieć swe własne pragnienia i ograniczenia seksualne, wówczas jest w pełni odpowiedzialna za powiadomienie o nich swego partnera. Już nie możemy bawić się w nieśmiałość, podsuwając delikatne sugestie i oczekując, że nasz partner będzie czytał w naszych myślach. We wczesnym okresie każdego zdrowego związku intymnego lub seksualnego, partnerzy powinni określić i ustanowić wzajemnie akceptowalne ograniczenia tak, aby żadne z partnerów nie czuło, że wkracza się w jego granice, ani żeby nie było natrętne. Określanie i deklarowanie naszych własnych granic i ograniczeń może być wyzwaniem - w szczególności jeśli wyrosłyśmy w rodzinach w których lekceważono granice. Konkretne mówienie co jesteś i czego nie jesteś skłonna zrobić seksualnie i intymnie może wydawać się nieromantyczne, ale w ostateczności służy podbudowaniu uczucia miłości i dobrego samopoczucia, które tworzą klimat zaufania. Dopiero wtedy znacznie wzrośnie podniecenie związane z autentycznym zainteresowaniem i miłością. Starym, lecz zapomnianym sekretem sztuki kochania jest to, że swobodne rozmowy z partnerem o seksie znacznie wzmagają pożądanie i podniecenie. Nie chodzi tu o typowo żenujące dowcipy lub poniżające, deprecjonujące siebie złośliwości, które tak często skrywają nasze skrępowanie w łóżku z partnerem. Negatywne podejście do seksu, które przenika zachodnią kulturę, służy zachęcaniu do nieodpowiedzialnego seksu. Gdy wprowadzamy się w poczucie winy, skrępowania i zawstydzenia z powodu naszych naturalnych seksualnych myśli, odczuć i fizycznych pragnień, uczymy się zaprzeczać ich istnieniu lub tłumić je w naszej świadomości. Dopiero, gdy zaistnieje sytuacja seksualna, nagle wyzwalamy tę podświadomą energię seksualną, w nieoczekiwanej sile i formie. W sferze postępowania seksualnego stajemy się wtedy nieodpowiedzialne, ponieważ u podłoża leżą wtedy żądze, do których się nie przyznajemy. Możemy winić tę drugą osobę za to, że skłania nas do myślenia, czucia lub robienia rzeczy, których nie chcemy i przedstawiać siebie w roli ofiary: mówimy, że to nie była nasza wina, że nie mogłyśmy się oprzeć, że popęd seksualny był zniewalający lub że nie miałyśmy wyboru. Bywają kobiety, które czują się jak dziewice, a zachowują prowokacyjnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Potem są zdziwione i urażone seksualnymi pomówieniami. (Te scenariusze będą znajome dla wielu z nas, które wracają do normy z nałogowego stylu życia.) W rezultacie wszystkie musimy zrozumieć, że zawsze mamy możliwość wyboru. Musimy nauczyć się być świadome naszej seksualności i postrzegać ją jako piękną, naturalną, zasadniczo ludzką wartość duchową, która zasługuje na naszą godną i baczną uwagę i troskę. Bardziej konkretnie, musimy nauczyć się nie traktować seksu jako czegoś oddzielnego od naszego normalnego życia codziennego. Na ogół nie mamy trudności z rozmową z partnerem intymnym o jedzeniu, spaniu i innych sprawach związanych ze zdrowiem i życiem, a seks może być traktowany w dokładnie ten sam sposób: może z szacunkiem być uznany za naturalną i przyjemną część życia.

Fragment książki Karin.E.Weiss „Seksualność kobiety”
Intymność wiążę się z ryzykiem

Intymność implikuje uległość. Uległość oznacza, że jest się otwartym i ufnym. Nie znaczy to bezradnym i bezbronnym. Nie znaczy to, że jest się słabym. Oznacza to, że jest się gotowym ujawniać nasze prawdziwe uczucia i pragnienia. Intymność wymaga gotowości podejmowania ryzyka, że będziemy widziani takimi, jacy naprawdę jesteśmy, bez pozorów i udawania mającego na celu zadowolić innych i zaspokoić ich oczekiwania. Czasami bycie wobec drugiej osoby prawdziwym i szczerym oznacza gotowość do zaryzykowania zranienia jej. Podobnie, oznacza to gotowość do podjęcia ryzyka, że się zostanie zranionym przez reakcję innych na naszą szczerość, że może zostanie się odrzuconym i opuszczonym przez nich ponieważ nie spełnimy ich oczekiwali Trudno to wszystko zrealizować. Żadna z nas nie jest w stanie postępować tak cały czas ani też nie robimy tego w sposób doskonały, to znaczy tak, jak należałoby, ponieważ czasami musimy się osłonić i odpierać zaczepki i ataki ludzi niewrażliwych. Intymność ma rację bytu jedynie wtedy, gdy możemy zaufać i czuć się bezpiecznie przed atakami i osądami. Jest to wybór jakiego dokonujemy według własnego, wewnętrznego uznania i wiedzy o sobie. Znając siebie, możemy wyważyć pragnienie danej chwili w stosunku do naszych wyższych wartości i celów; możemy zdecydować się na zaangażowanie o odpowiednim stopniu intymności i uległości. Obawa przed intymnością zdaje się iść w parze ze swego rodzaju nałogiem związanym z tymi sprawami, które przywykliśmy określać jako intymne: seks, romans i związki. Układ pchnij-ciągnij, pragnienia bliskości i dążenia do wolności w wyrażaniu siebie sprawia, że wiele z nas wykonuje taniec sprzeczności: najpierw dajemy do zrozumienia “podejdź", a następnie sygnalizujemy “trzymaj się z dala". Jakkolwiek możemy obawiać się intymności na jednym szczeblu, na innym możemy w naszym zachowaniu stać się nachalne w stosunku do tych rzeczy, o których myślimy, że dadzą nam intymność. W naszej kulturze powszechnie uważa się, że intymność ma miejsce w ramach romantycznego związku seksualnego. Nasz głód intymności może ujawnić się na różne sposoby: możemy nachalnie lub obsesyjnie skupiać się na seksie - na fizycznych doświadczeniach erotycznych i ich symbolach; możemy być uzależnione od związków - od jakiegoś konkretnego, albo od obawy przed brakiem szczególnego związku; albo też możemy być uzależnione od romansu - ponawianego poszukiwania dreszczu zdobywania i uniesienia związanego z seksualną zdobyczą. Te formy przymusu mogą zlewać się w jednej osobie lub też mogą być wyraźnie rozdzielone, a jednak bez względu na przyjętą formę, wydaje się, że będą streszczać naszą aktualną kulturową nędzę - głód prawdziwej intymności. Intymność stała się swego rodzaju słowem-wytrychem naszych czasów - niemal wszystkie mówimy o niej jako o czymś, czego chcemy, ale czego nie jesteśmy w stanie wystarczająco dużo znaleźć. Często przez intymność mamy na myśli stan skulenia (podświadomie jakby w łonie), w którym druga osoba całkowicie nas akceptuje i rozumie oraz pielęgnuje nasze najbardziej osobiste pragnienia. Jest to typowo nierealistyczne podejście. Odzwierciedla ono oczekiwanie, iż zostaniemy wybawione od konfliktów życiowych przez magicznego kochanka, który żyje po to, aby spełniać nasze pragnienia i z którym pojedziemy w siną dal, by tam żyć długo i szczęśliwie -metafora naszego pragnienia, by pozostać bezpiecznie skrytą w kokonie tego związku do końca naszych dni. Jest to niedojrzały punkt widzenia, poprzez który staramy się uciec przed ponoszeniem odpowiedzialności za siebie i za nasze życie. To nie intymność, ale fantazje wywodzące się z bajkowych oczekiwań od życia. Jest to poszukiwanie środka, który nas znieczuli na ból związany z brakiem intymności wobec siebie lub na inne nieokreślone zranienia. Sytuacja ta może być szczególnie znajoma tym, którzy wracają do zdrowia po nadużywaniu lub uzależnieniu chemicznym. Wszyscy mają wyjątkowy pociąg seksualny, uczucia i pragnienia. To, jak dobieramy sobie ludzi, z którymi wchodzimy w związki intymne, zależy od wielu czynników, z których większość pozostaje wciąż tajemnicą. Niektóre odnoszą się do warunków, jakie miałyśmy w dzieciństwie oraz do poprzednich związków, inne zaś zdają się być czynnikami losowymi lub szczęśliwym wyborem. Pytanie, jak i dlaczego niektóre typy ludzi przyciągają nas lub są przez nas przyciągane, stanowi materiał wielu wiecznie popularnych, szczególnie wśród kobiet, romantycznych opowiadań, czasopism, programów telewizyjnych i scenariuszy filmowych. Odwieczny temat miłości od pierwszego wejrzenia i bohaterskiego podboju w imię miłości, wciąż chwyta nas za serce i pobudza naszą fantazję. Jednak większość z nas uczy się rozróżniać marzenia od mniej doskonałych, ale stanowiących większe wyzwanie prób i cierpień prawdziwych ludzkich związków. Jakkolwiek słusznie dążymy do zrealizowania pewnych aspektów naszych marzeń, to możemy nauczyć się żyć całkiem szczęśliwie z czymś innym niż ideał, który w końcu istnieje w naszym umyśle, podczas gdy inni kochankowie żyją i są obecni w naszych ramionach. Jeśli nie nauczymy się tego rozróżniać i będziemy trwali w poszukiwaniu bajkowego ideału naszego związku, możemy łatwo popaść w pułapkę przedwczesnej, wymuszonej intymności. Musimy nauczyć się rozróżniać pomiędzy pociągiem a uczuciem. Pociąg może prowadzić do uczucia, ale to nie dzieje się natychmiast. Uczucie potrzebuje czasu, zaufania i prawdy, aby mogło się rozwinąć. Pociąg jest instynktowny, impulsywny, jest uczuciem wychodzącym z trzewi, które może wybuchnąć spontanicznie i które równie szybko może wygasnąć. Opiera się ono o nasze warunkowe związki piękna, seksowności i siły, które działają jak stymulatory uruchamiające pożądania seksualne. Pociąg jest wspaniałym uczuciem, zazwyczaj zarówno dla tego, który jest pociągany jak i tego który pociąga, ponieważ angażuje wzajemną wymianę pozytywnej energii. Dawanie i otrzymywanie są zarówno podnoszące na duchu i podniecające. Większość związków seksualnych rozpoczyna się od tego rodzaju wymiany, w czasie której najpierw jedna osoba staje się obiektem zainteresowania i komunikuje te uczucia drugiej, która następnie jest zaciekawiona i przyciągnięta do tej osoby przez jej pozytywne zainteresowanie. Pożądanie seksualne jest wartością nieuchwytną. Nikt nie był w stanie wyizolować czynników, które wpływają na to, jak bardzo dana osoba czuje się lub nie czuje seksualna w danym czasie lub w konkretnej sytuacji. Stanowi to część tajemnicy seksu, która wciąż pozostaje do rozwiązania. Pożądanie seksualne stało się jednak w ramach związków intymnych głównym źródłem niezgody pomiędzy partnerami, którzy błędnie interpretują swe zróżnicowane poziomy pożądania jako symptomy braku miłości i uczucia. Nasze społeczeństwo jest tak bardzo opętane przez seks, że pociąg seksualny czyni podstawowym wskaźnikiem ważności związku. Koncepcja, że wszelki prawdziwie znaczący związek uczuciowy musi łączyć się z pociągiem seksualnym staje się dla ludzi, którzy pragnęliby utworzyć więzy na innych podstawach intymności, głównym czynnikiem odstraszającym. W naszej kulturze, w związkach miłosnych pomiędzy dwojgiem ludzi, romantyczna fikcja podtrzymuje twierdzenie, że to wzajemne pożądanie seksualne stanowi ostateczny dowód ich miłości - i odwrotnie, gdy brakuje pożądania seksualnego, jest ono utajone lub hamowane, wówczas znaczy to, że miłość umarła. Jest to niesprawiedliwe dla milionów kochających się lecz seksualnie nieaktywnych par, ponieważ fakt pozostaje faktem, że seks i miłość to dwie zupełnie różne rzeczy. Często chcemy kontaktu fizycznego z tymi, których kochamy; jednak gdy to naturalne pragnienie opieki, ciepła i bliskości nabiera wyraźnie erotycznego wyrazu, staje się ono ofiarą wahań pożądania seksualnego. Innymi słowy, gdy dwoje uczy się oczekiwać seksu genitalnego jako konsekwencji wszelkiej fizycznej intymności, a jeden lub drugi partner tego nie pragnie, ogólne wyrażenie intymności jest poszkodowane w wyniku unikania go lub zaniedbania. Wówczas to związek jest naprawdę zagrożony zamarciem.

Fragment książki Karin.E.Weiss „Seksualność kobiety”
Samotność musi być zrównoważona towarzystwem

Zachodnia kultura uczy bałamutnych oczekiwań od życia w odniesieniu do związków intymnych: z jednej strony hołubimy niepodległość i indywidualizm, podczas gdy z drugiej strony wierzymy, że aby stanowić całość potrzebujemy zaangażowanego związku z inną osobą. Wiele kobiet pielęgnuje podświadomą obawę, że bez partnera nie będzie w stanie przetrwać w świecie. Często jesteśmy podejrzliwe wobec kogoś, kto woli żyć samotnie i mimo licznych dowodów na to, że jest przeciwnie, zakładamy, że jedynie “pary" są szczęśliwe. Rozprawiając o potrzebie intymności, możemy unikać związków, które wymagałyby od nas uległości. Te pozornie paradoksalne zapatrywania odzwierciedlają podstawowe fakty z życia, które jako sprzeczne ze sobą, często bywały opacznie interpretowane. Prawdę mówiąc, aby osiągnąć pewien zakres prawdziwego szczęścia, musimy ustanowić równowagę pomiędzy naszą potrzebą niezależności i prywatności oraz potrzebą kontaktów z innymi. Dla każdej osoby ta równowaga wygląda inaczej. Niektóre z nas bardziej skłaniają się ku samotności, inne ku towarzystwu, a wszystkie, aby żyć pełnym i zdrowym życiem, potrzebujemy po trochu jednego i drugiego. Indywidualne proporcje potrzeby samotności do potrzeby towarzystwa mogą być bardzo zróżnicowane. W pewnych okresach naszego życia możemy poszukiwać towarzystwa, w innych zaś większej samotności. Zawsze jednak musimy równoważyć te uzupełniające się w nas dążenia tak, by oba miały pożywkę i żadne nie było pomijane. W każdym razie musimy być szczere wobec siebie samych, zaś w związkach musimy mieć szacunek dla potrzeby przestrzeni i czasu drugiej osoby, gdy tego potrzebuje.

Fragment książki Karin.E.Weiss „Seksualność kobiety” 
  Tworzenie związków intymnych z innymi

Wszyscy od czasu do czasu pragniemy bliskości z innymi, jednak to, jak rozwijamy nasze związki intymne, przybiera, w zależności od wielu czynników wynikających z naszego indywidualnego życia, rozmaite formy. Podstawową lekcją jest to, że nasze związki nigdy nie istnieją poza nami. Prawdziwym związkiem jest mój związek ze mną lub twój związek z tobą; wszystkie pozostałe związki są lustrami, w których widzimy ukryte lub nieświadome części samych siebie. W miarę nauki kochania siebie i angażowania się we własne prawdy, będziemy przyciągały miłość i uznanie innych oraz będziemy kształtowały związki z tymi, którzy są równie zaangażowani w odnajdywanie swej wewnętrznej prawdy.To jest sekret intymności. Aby być sobie wzajemnie lustrem, należy być otwartym i szczerym we wzajemnym dzieleniu się sobą. Musimy usunąć nasze maski i pozory samokontroli i doskonałości. Wymaga to wielkiej odwagi, i o wiele łatwiej jest uczynić to z ludźmi, do których czujemy się mniej przywiązani niż z tymi, z którymi łączą nas jakieś bliskie więzy, takie jak związki romantyczne lub rodzinne. Następnie mamy niektóre czynniki umożliwiające nam podejmowanie ryzyka potrzebnego do stworzenia intymności w naszych związkach, utrzymując indywidualną integralność seksualną.

Fragment książki Karin.E.Weiss „Seksualność kobiety”

czwartek, 22 października 2015

"Nasza opinia o innych ludziach zależy mniej od tego,co my widzimy w nich, a bardziej od tego,co dzięki nim widzimy w sobie samych." Sara Grand

Jak okazywać uczucia

Kiedy Gale Sayers i Brian Piccolo, Murzyn i biały, obaj będący w drużynie futbolowej Chicago Bears, zamieszkali razem w 1967 roku, okazało się to pierwszym tego typu zdarzeniem między zawodowymi piłkarzami. Także dla każdego z nich było to pierwsze takie przeżycie. Sayers nigdy przedtem nie miał białego przyjaciela, może z wyjątkiem George'a Halasa, a Piccolo nigdy NAPRAWDĘ nie znał czarnego człowieka.
Jednym z sekretów ich wzrastającej przyjaźni było podobne poczucie humoru. Na przykład, przed grą pokazową w Waszyngtonie w 1969 roku pewien poważny reporter wszedł do ich pokoju hotelowego w celu przeprowadzenia wywiadu.
- "Jak się wam razem mieszka? - spytał dziennikarz.
- W porządku, dopóki on nie korzysta z łazienki - odrzekł Piccolo.
- A o czym rozmawiacie? - dziennikarz pytał dalej, ignorując śmiech swoich rozmówców.
- Głównie o sprawach rasowych - odrzekł Gale.
- Po prostu o rasizmie - dodał Piccolo.
- Gdybyście mieli wybierać - kontynuował reporter - kogo wybralibyście na współlokatora?
- Jeżeli pyta pan, jakiego białego włoskiego obrońcę z Wake Forest, powiedziałbym, że Picka - odpowiedział Gale."
Ale pod przykrywką śmiechu i żartów ukryta była głęboka lojalność jednego względem drugiego, a w filmie "Brian's Songs" (Pieśni Briana) wyraźnie pokazano, że przyjaźń Sayersa i Piccolo była największą w historii sportu.
Potem, w sezonie 1969 roku, okazało się, że Piccolo jest chory na raka. Starał się jeszcze grać, chociaż jeden sezon, ale w końcu więcej przebywał w szpitalu, niż na boisku. Gale Sayers starał się być razem ze swoim przyjacielem tak często, jak tylko mógł.
Wcześniej planowali spędzić wspólnie razem z żonami obiad podczas Professional Writers (corocznej imprezy pod nazwą Zawodowi Reporterzy Futbolu) w Nowym Jorku, gdzie Sayers miał otrzymać nagrodę S. Halasa, przyznawaną najlepszemu zawodnikowi futbolu. Niestety, choroba przykuła Piccolo do łóżka. A kiedy Sayers stał w oczekiwaniu na nagrodę, łzy pojawiły się w jego oczach. Na ogół lakoniczny czarny atleta miał powiedzieć, przyjmując nagrodę:
"Wyrażacie uczucie dla mnie, dając mi tę nagrodę, ale oświadczam wam, że przyjmuję ją dla Briana Piccolo. To on jest tym człowiekiem, który powinien otrzymać tę nagrodę. Kocham Briana Piccolo i chciałbym, żebyście i wy go kochali. Gdy uklękniecie wieczorem do modlitwy, proszę pomódlcie się też za niego."
"Kocham Briana Piccolo". Jak często można usłyszeć mężczyznę wypowiadającego takie słowa? O ile bogatsze mogłoby być nasze życie, gdybyśmy ośmielali się okazywać nasze uczucia tak, jak to zrobił Sayers tamtego wieczoru w Nowym Jorku.
Zatem trzecią zasadą polepszenia stosunków interpersonalnych jest:
OŚMIELAJ SIĘ MÓWIĆ O SWOICH UCZUCIACH
Z obawy przed okazaniem się sentymentalnymi, wielu z nas powstrzymuje się od wyrażania uczuć i dlatego tak wiele traci z bogactwa przyjaźni. Mówimy "dziękuję", gdy mamy na myśli "niech Bóg cię błogosławi"; mówimy "do zobaczenia", mając na myśli "będzie mi ciebie bardzo brak". G. K. Chesterton, angielski pisarz, powiedział kiedyś, że najmniej uzasadniony jest strach przed sentymentalizmem. A przecież tak wiele mogłoby to dać, gdybyśmy czuli się bardziej wolni w wyrażaniu swoich uczuć. Jezus miał swoją metodę robienia tego. Na sto sposobów mówił uczniom, że ich kocha, przez co w żaden sposób nie mogli mieć co do tego wątpliwości.
Dlaczego tak bardzo jesteśmy przeciwni otwartemu mówieniu, że nam na kimś zależy? Powodów jest kilka. Jednym z nich jest obawa, że nasze uczucia nie będą odwzajemnione, oraz że zostaniemy odrzuceni. A co gorsza, zwłaszcza między mężczyznami, boimy się wyśmiania nas przez innych z powodu naszej sentymentalności. Istnieje niewiele bardziej przerażających uczuć, niż poczucie zmieszania i zakłopotania. Dlatego staramy się z całych sił nie dopuścić nawet do możliwości ich powstania.
Jednak ludzie, których inni kochają, to tacy, którzy odrzucają obawy i deklarują otwarcie swoją miłość. Na przykład Thomas Jefferson był prawdziwym mężczyzną, a mimo to był chyba najbardziej uczulony na odrzucenie. W pewnym momencie jego kariery, kiedy był przybity po przegranej z Hamiltonem w Waszyngtonie, wysłał swoje książki i meble do domu w Monticello, odwołał prenumeraty gazet, zerwał swoje kontakty polityczne i przez następne 37 miesięcy praktycznie nie wytknął nosa z domu. Jak widać, Jefferson był wręcz przesadnie czułym człowiekiem.
Ale czy powstrzymało go to od wyrażania miłości, gdy ta nadeszła? M. Brodie, biograf Jeffersona, mówi: "Listy Jeffersona do jego dwóch dorosłych już córek , Marty i Marii, są tak przepełnione uczuciem i tak niewinnie uwodzicielskie, że stały się dla niego oknem na świat." A pisząc w roku 1819 do swojego przyjaciela, Johna Adamsa, Jefferson wypowiada tak "sentymentalne" zdanie, jak: "Uważaj na siebie i bądź pewien, że jesteś mi ciągle miły."
Mimo obfitej korespondencji, Jefferson i Lafayette nie widzieli się już od 35 lat, kiedy prezydent Monroe zaprosił w 1824 roku wielkiego generała francuskiego do odwiedzenia Ameryki. Lafayette miał wtedy 67 lat, a Jefferson 81. Po przyjeździe do USA Lafayette pozostał w Quincy i Massachusetts tylko jeden dzień, a potem pospieszył na południe zobaczyć się z Jeffersonem.
Tego listopadowego ranka, gdy powóz Lafayette'a dotarł do Monticello, oczekiwał go tam już cały tłum. John Randolf, który pomagał w urządzaniu całej uroczystości, opowiadał, jak jego dziadek schodził po schodach z tarasu, kiedy Lafayette wysiadł z powozu. "Jefferson - powiedział - ruszył starczym galopem, aż wreszcie padli sobie w objęcia ze łzami w oczach."
W pracy z ludźmi rozwiedzionymi, bardzo często chciałbym dać im lekcję tego, co tak wspaniale robili Gale Sayers, Thomas Jefferson i Jezus - śmiałości w pokazywaniu uczuć. Wiele kobiet sądzi, że powinny okazywać wręcz oziębłość, bo inaczej stracą mężczyznę. Chociaż są nim oczarowane, zachowują swe uczucia dla siebie. Ale przecież takie zachowywanie dystansu niszczy ich cel. Nie ma nic tak przyciągającego mężczyznę, jak świadomość, że kobiecie na nim zależy.
Przykro jest, gdy spotyka się dwoje ludzi, którzy się polubią, ale z powodu nieśmiałości nie deklarują swoich uczuć. Uczucie wtedy umiera. Tragedią jest, jeżeli miłość nie wraca, ponieważ jest niezadeklarowana.

Fragment książki Alan Loy McGinnis „Sztuka Przyjazni” 
Czy totalna szczerość?

Czas teraz dodać kilka wyjaśnień w celu określenia, czego NIE rozumiem pod pojęciem przejrzystości.
Najpierw chciałbym wyjaśnić, że nie popieram kontrowersyjności. Ludzie próbujący być absolutnie szczerymi, wyrażają swoją opinię na każdy poruszony temat. Jeśli zaryzykujesz twierdzenie, z którym taki człowiek się nie zgadza, jego "otwartość" powoduje, że z miejsca wyraża on swoje przeciwne zdanie.
Powyższy sposób jest ryzykownym sposobem życia. Czasami sprawą rozumu jest zachowanie opinii dla siebie samego. Dean Martin, popularny piosenkarz i aktor amerykański, powiedział kiedyś: "Pokażcie mi chłopca, który nie wie, co to strach, a pokażę wam chłopca, którego często biją."
Po drugie, nie uważam, że należy całkowicie się "obnażać". Często sądzi się, że "nagość psychiczna" jest zaletą. Jednak takie osoby mogą pozostawać bardziej poza kontrolą, niż zdają sobie z tego sprawę. Przecież jednym z objawów ciężkiej psychozy jest niezdolność pohamowania się w wyrażaniu emocji.
Większość z nas ucieka przed ludźmi, którzy opowiadają swe szczegółowe życiorysy już w pierwszej godzinie znajomości. Nie ma więc sensu otwieranie się w pełni przed każdym. Mamy prawo do ciszy i każdy z nas musi sam decydować, jaką część swojej osobowości może ujawnić w danej sytuacji.
Ostatnia uwaga: oczywiście, będziemy unikać ujawniania uczuć i faktów, które mogłyby przynieść szkodę innym lub zranić słuchającego. Mam tutaj na myśli wyjawianie niewierności seksualnej swemu partnerowi. Wielu psychologów, zafascynowanych ideą szczerości totalnej, poleca małżeństwom wyjawić wszystkie dawne złe występki, bez względu na ich druzgocące następstwa. Są jednak przypadki, kiedy partner, próbując ulżyć swojemu poczuciu winy, nieświadomie przerzuca ów ciężar na ramiona ukochanej osoby.
Wiem, że w niektórych małżeństwach katharsis wspólnej spowiedzi przynosi korzyści, oraz że takie oczyszczenie może bardziej zbliżyć partnerów. Jednak "spowiedź" nie zawsze przynosi takie efekty i dlatego twierdzę, że należy posługiwać się nią bardzo ostrożnie.
Nasza naczelna zasada pozostaje mimo to niezmienna.

Fragment książki Alan Loy McGinnis „Sztuka Przyjazni"
ni”
LUDZIE GWAŁTOWNI

Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.
(Mt 11, 12)

Porównaj spokojną i prostą wspaniałość kwitnącej róży z twoim życiem pełnym niepokoju i napięć. Róża obdarowana jest cechą, której tobie brak: jest ona całkowicie zadowolona z tego, czym jest. W przeciwieństwie do ciebie nie zaprogramowano w niej już w chwili narodzin niezadowolenia z siebie, tak więc nawet na myśl jej nie przychodzi, by mogła być czymś innym. Oto dlaczego jest ona obdarzona naturalnym pięknem i brakiem wewnętrznych konfliktów; stan, który w świecie ludzi można spotkać u małych dzieci i mistyków. Zastanów się nad swoim smutnym położeniem. Jesteś ciągle z siebie niezadowolony, bez przerwy chcesz się zmienić. Tak więc w konsekwencji pełno jest w tobie gwałtu i braku tolerancji dla samego siebie, które w miarę wysiłków, by się zmienić, tylko potęgują się. Każdej zmianie, którą udaje ci się osiągnąć, towarzyszą wewnętrzne konflikty. Ty sam cierpisz, gdy widzisz, że inni osiągają to, czego ty nie posiadasz, albo stają się kimś, kim ty nie jesteś. Czy byłbyś tak dręczony zazdrością i zawiścią, gdybyś jak róża był zadowolony z tego, kim jesteś i gdybyś ^e pragnął być kimś innym. Ale ty ciągle dążysz, czyż tak nie jest, by być kimś innym; kimś, kto więcej wie, lepiej wygląda, kto jest bardziej popularny czy kto odniósł większy sukces życiowy. Pragniesz być bardziej cnotliwy, chcesz być bardziej kochany, więcej rozmodlony, chcesz znaleźć Boga, chcesz bardziej zbliżyć się do swoich ideałów. Pomyśl o smutnej historii twoich wysiłków, by stać się coraz doskonalszym, które kończyły się zwykle całkowitym fiaskiem albo dokonywały się za cenę walki i bólu. Załóżmy teraz, że całkowicie rezygnujesz z wysiłków, by stać się kimś innym, i że zgadzasz się na siebie takiego, jakim jesteś. Czy byłbyś w takim przypadku skazany na bierną akceptację siebie takiego, jakim jesteś, i swego otoczenia takim, jakie ono jest? Oprócz pracowitego zmagania się ze sobą albo zupełnie biernej akceptacji istnieje jeszcze jedna droga. Jest to droga samo-zrozumienia. To wcale nie jest droga łatwa, gdyż aby zrozumieć, kim naprawdę jesteś, musisz się całkowicie uwolnić od pragnienia zmiany siebie na kogoś innego, musisz się nastawić na coś zupełnie innego. Zrozumiesz to, jeśli porównasz postawę uczonego badającego zachowanie się mrówek bez najmniejszej nawet próby oddziaływania na nie z postawą trenera, który poznaje zwyczaje psa, by nauczyć go określonych zachowań. Jeśli będziesz przyglądał się sobie bez zamiaru zmieniania siebie, jeśli będziesz poznawał swoje reakcje wobec ludzi i przedmiotów bez osądzania czy potępiania, czy wreszcie bez pragnienia reformowania siebie, to twoja obserwacja nie będzie selektywna, ale wszechogarniająca, nie będzie prowadzić do sztywnych wniosków, ale będzie w każdej chwili świeża i otwarta. Wtedy dostrzeżesz, iż dzieją się w tobie cudowne rzeczy: będziesz zalany światłem samoświadomości, staniesz się przejrzysty i przekształcisz się. A więc zmiana się dokona? Ależ tak. W tobie i w twoim otoczeniu. Ale nie będzie wynikiem działań twego chytrego i niespokojnego Ja", które zawsze musi walczyć, porównywać, wywierać nacisk, moralizować i manipulować poprzez swoje ambicje, prowadząc do powstawania napięć, konfliktów i oporów pomiędzy tobą i Naturą - jest to wyczerpujący i prowadzący do samozniszczenia proces, przypominający jazdę samochodem przy włączonych hamulcach. Tutaj dzieje się zupełnie coś innego. Przekształcające światło samoświadomości pomija twoje schematyczne i szukające siebie ”ja” i pozostawia całkowitą swobodę Naturze, która dokonuje w tobie podobnych zmian jak w kwiecie róży: naturalnych, pełnych wdzięku, bezwiednych, zdrowych i nie skażonych wewnętrznymi konfliktami. Jako że wszelkie zmiany są gwałtowne, również i ta zmiana nie obejdzie się bez gwałtu. Jednakże gwałtowność Natury ma w sobie tę cudowną cechę, że nie jest ona konsekwencją nietolerancji i nienawiści wobec samego siebie. Tak więc w gwałtownej ulewie znoszącej wszelkie przeszkody nie ma gniewu, tak jak nie ma go w rybie pożerającej swoje młode potomstwo, posłusznej tylko tym nie znanym nam prawom ekologii, albo w komórkach ciała, które niszczą się nawzajem dla dobra całego organizmu. Kiedy Natura niszczy, to nie czyni tego z żądzy niszczenia czy dla zaspokojenia własnych ambicji, ale dlatego, że jest posłuszna tajemniczym prawom, które zapewniają dobro całego kosmosu za cenę życia i dobra poszczególnych części. Ten sam rodzaj gwałtu budzi się we wnętrzu mistyków, którzy walczą przeciwko ideom i strukturom zakorzenionym w społeczeństwach i kulturach, kiedy 8amoświadomość budzi w nich wrażliwość na zło, Podczas gdy im współcześni stali się na nie zupełnie głusi. Ten sam rodzaj gwałtu sprawia, że róża minio wrogich jej sił, zakwita. Ta sama gwałtowna siła sprawia, że róża, podobnie jak mistyk, bezgłośnie umrze po wystawieniu swych wonnych płatków na słońce, żyjąc w delikatnym, pełnym wrażliwości uszczęśliwieniu, niepomna, by dodać choćby jedną minutę do wyznaczonego jej czasu życia. Tak oto żyje pełna błogosławieństwa i piękna jak ptak powietrzny i jak kwiat polny, bez śladu niepokoju czy niezadowolenia, zazdrości, lęku czy rywalizacji tak charakterystycznej dla ludzi usiłujących wszystko kontrolować i do czegoś zmuszać, zamiast pozwolić zakwitnąć samoświadomości, pozostawiając całą troskę potężnym siłom Boga w Naturze.

Fragment z książki Anthony de Mello „Wezwanie do miłości”. 
    BĄDŹ WOLNY OD OPINII INNYCH LUDZI

Nauczycielu, wiemy, że słusznie mówisz i uczysz, i nie masz względu na osobę, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. (Łk 20, 21)

Przypatrz się swemu życiu i zobacz, jak jego pustkę wypełniłeś innymi ludźmi. W konsekwencji dusisz się nimi. Zauważ, jak oni kontrolują twoje zachowanie poprzez akceptację albo wyrazy dezaprobaty. Dzięki swej obecności łagodzą poczucie osamotnienia; podnoszą cię na duchu przez pochwały i stają się przyczyną rozpaczy poprzez krytyki i odrzucenie. Przyjrzyj się sobie uważnie i zobacz, jak prawie każdy moment swego życia poświęcasz na zjednywanie sobie ludzi, na pochlebianie im, i to niezależnie od tego, czy są to żyjący czy zmarli. Żyjesz według ich norm, zgodnie z ich standardami, szukasz ich towarzystwa, pragniesz ich miłości, boisz się, by cię nie wyśmiali, tęsknisz za ich poklaskiem, potulnie poddajesz się narzuconym wyrzutom sumienia; przeraża cię myśl postępowania wbrew modzie czy to w sposobie ubierania, mówienia, postępowania, czy nawet myślenia. Zauważ, że nawet kiedy kontrolujesz innych, jesteś od nich zależny i przez nich zniewolony. Inni ludzie tak dalece stali się częścią twego bytu, że nawet nie jesteś w stanie wyobrazić sobie życia bez ich nieustannej kontroli. Jest faktem, że zdołali ciebie przekonać, iż gdybyś kiedykolwiek uwolnił się od nich, to staniesz się wyspą — samotną, ponurą, bez miłości. Tymczasem prawda wygląda dokładnie odwrotnie. Jakże możesz kogoś kochać, kto cię zniewolił? Możesz tylko pożądać, potrzebować, być zależnym, bać się i być kontrolowanym. Miłość można spotkać tylko tam, gdzie nie ma lęku i gdzie panuje wolność. Jak możesz osiągnąć taką wolność? Posługując się dwojaką bronią w zwalczaniu twojej zależności i zniewolenia. Po pierwsze, samoświadomością. Jest rzeczą prawie niemożliwą, by ktoś, obserwując stale głupotę bycia zależnym, pozostał w tej zależności i zniewoleniu. Jednakże osobie poddanej nałogowi innych ludzi samoświadomość może nie wystarczyć. Musisz poświęcać czas tym czynnościom, które kochasz. Musisz odkryć pracę, której dokonujesz nie ze względu na jej użyteczność, ale ze względu na nią samą, niezależnie od tego, czy przyniesie ci ona sukces czy nie, czy będziesz chwalony czy nie, czy będziesz kochany i podziwiany czy nie, niezależnie od tego, czy ludzie ją znają i będą za nią wdzięczni czy nie. Czy istnieją w twoim życiu zajęcia, którym się oddajesz po prostu dlatego, że sprawiają ci przyjemność i pochłaniają całą twoją istotę? Odkryj je, poświęcaj im swoją uwagę, gdyż one będą twoją przepustką do wolności i miłości. Tymczasem prawdopodobnie zostałeś poddany praniu mózgu i przyjąłeś konsumpcyjny sposób myślenia, który można przedstawić w następujący sposób: radość z poezji, pejzażu czy fragmentu utworu muzycznego wydaje się stratą czasu; ty musisz napisać poemat albo stworzyć dzieło muzyczne czy dzieło sztuki. W zasadzie stworzenie dzieła samo w sobie nie ma wielkiej wartości; twoje dzieło musi zostać poznane. Jakąż może ono mieć wartość, jeśli nikt go nie poznał? A nawet jeśli jest ono znane, to jeszcze nic nie znaczy, jeśli nie jest oklaskiwane i chwalone przez ludzi. Twoje dzieło zyska największą wartość, jeśli zdobędzie popularność i jeśli będzie się sprzedawać! Tak oto na powrót znalazłeś się w ramionach i pod kontrolą ludzi. Według nich o wartości jakiegoś działania czy dzieła decyduje nie to, że zostało wykonane, że jest kochane i że jest źródłem radości samo w sobie, ale fakt, że pozwoliło odnieść sukces. Królewska droga do mistyki i do Rzeczywistości nie prowadzi przez świat ludzi. Wiedzie ona przez świat czynności, które się wykonuje dla nich samych niezależnie od perspektywy sukcesu czy zarobku. Przeciwnie do tego, w co się powszechnie wierzy, lekarstwem na miłość i samotność nie jest towarzystwo innych ludzi, ale kontakt z Rzeczywistością. W chwili gdy dotkniesz tej Rzeczywistości, zrozumiesz, na czym polega wolność i miłość. Wolność od łudzi — inaczej mówiąc, zdolność do prawdziwej miłości.
Nie myśl, że warunkiem narodzin miłości w twoim sercu jest spotkanie z ludźmi. To nie będzie miłość, ale powab albo współczucie. Miłość rodzi się w twym sercu raczej dzięki kontaktowi z Rzeczywistym. Nie jest to miłość dla jakiejś szczególnej osoby czy rzeczy, ale jest to rzeczywistość miłości — stosunek i postawa miłości. Taka miłość będzie następnie promieniować na zewnątrz — na świat rzeczy i osób.
Jeśli pragniesz, by taka miłość zaistniała w twoim tyciu, to musisz zerwać z wewnętrzną zależnością od innych ludzi. Wtedy uświadomisz sobie jej istnienie. Musisz zaangażować się w sprawy, które kochasz dla nich samych.

Fragment z książki Anthony de Mello „Wezwanie do miłości”.
Jak rozwijać umiejętność samooceny

Kiedy nabędziesz już tego wspaniałego zwyczaju wyrażania aprobaty w stosunku do ludzi, z którymi się spotykasz, spostrzeżesz pewien znakomity efekt kumulacyjny. Dr Paul Roberts, psycholog dziecięcy, mówi, że regularne wyrażanie akceptacji i miłości są bardzo ważnymi czynnikami w tworzeniu u dziecka obrazu samego siebie. Ta akumulacja powoduje, że dziecko dochodzi do wniosku: "Wiem, że mnie akceptują", a nie do konkluzji: "Może mnie akceptują, a może nie. Zobaczę, jak zareagują następnym razem."
Czy rodzice mogą cokolwiek zrobić w celu wytworzenia się w dziecku poczucia zaufania do siebie? "Tak, mogą", mówi Ruth Stafford Peale, współczesna działaczka religijna, żona znanego w USA pastora:
"Rzecz polega na tym, aby obserwować, gdzie znajdują się wrodzone zdolności dziecka, potem delikatnie (nie spodziewając się szybko wielkiego efektu) pokieruj je we właściwą stronę. Trudnym może okazać się dla ojca sportowca zrozumienie i pomoc synowi, który wolałby grać w szachy niż w piłkę nożną. Ale to właśnie szachy są tym, czego potrzebuje chłopak, aby mogła rozwinąć się w nim pewność siebie. Jeżeli tę jedną rzecz będzie robił dobrze, wkrótce uwierzy, że także z innymi sprawami może sobie poradzić, a co ważniejsze, nie będzie bał się próbować."
Wyrażając afirmację albo powstrzymując się od tego możemy wywierać olbrzymi wpływ na zdolność samooceny innych ludzi. Podczas jednej z naszych terapii grupowych dyskutowaliśmy o problemie dotyczącym wyobrażenia o własnej powierzchowności. Różni ludzie opowiadali, jak sami siebie widzą. Wysoka i szczupła kobieta o pięknych długich włosach powiedziała:
- Widzę się grubą i pryszczatą.
- Czy to znaczy, że była pani kiedyś gruba i miała krosty? - zapytał ktoś.
- Nie, ja widzę siebie taką w tej chwili.
Jeśli już można było coś o niej powiedzieć, to była ona chuda, ale cerę miała jasną i ładną. Skąd więc ten wypaczony obraz własnej osoby? Bez wątpienia można stwierdzić, że w pewnym stadium jej rozwoju osobowego, prawdopodobnie we wczesnej dojrzałości, kobieta ta nie była atrakcyjna. Ten obraz utkwił w jej pamięci, a nie znalazł się nikt, kto by go zmienił. Był to przykład pięknej kobiety, która nie wiedziała, że jest piękna, bo nikt jej o tym nie powiedział.

Fragment książki Alan Loy McGinnis „Sztuka Przyjazni” 
Stosuj język akceptacji.

Wiele można się dowiedzieć o przyjaźni, obserwując jak pracują utalentowani psycholodzy. A to dlatego, iż wielu pacjentów twierdzi, że ich kontakt z terapeutą był najlepszym spośród wszelkich kontaktów międzyludzkich, jakie kiedykolwiek mieli. Dr Paul Tournier, mieszkający w Genewie, stał się tak sławny, że wielu młodych lekarzy jeździ do Europy uczyć się jego techniki terapeutycznej. Tournier w typowy dla siebie sposób mówił o tym ostatnio. "To czasem żenujące dla studentów przyjeżdżać tutaj w celu poznania moich »technik«, bo zawsze odjeżdżają stąd rozczarowani. A przecież wszystko, co robię, to akceptacja ludzi." Właśnie to jest prawdopodobnie najważniejsze, co można powiedzieć o sztuce psychoterapii. Jeżeli potrafimy nauczyć się akceptować integralność osobowości ludzi obok nas, znacznie wzrośnie wartość naszych stosunków z nimi. Nie znaczy to, że należy ze wszystkim się zgadzać. Akceptacja jest czymś zupełnie innym. Większość tego, co słyszę podczas pracy stoi w sprzeczności z moim własnym kodeksem moralnym: opowiadanie o stosunkach pozamałżeńskich, o niemądrych planach na przyszłość, o wszelkiego rodzaju przestępstwach. Gdybym czuł się zobowiązany wydawać opinie o wszystkich typach spraw i protestować, kiedy pacjent robi coś złego, sam stawiałbym się na miejscu Boga. Jednocześnie sam "przygotowałbym się" do załamania nerwowego. Podczas mojej praktyki stwierdziłem, że mogę okazać akceptację w stosunku do pacjentów bez zgadzania lub też nie zgadzania się z nimi. Robię to, po prostu słuchając ich. A już najbardziej staram się przysłuchiwać opowiadaniom o uczuciach ludzi. Najczęściej podczas terapii zajmujemy się emocjami. Pewien mąż opowiada, jaki chciałby przeżyć stosunek płciowy z pewną młodą dziewczyną. Nastolatek marzy o porzuceniu domu rodzinnego. Matka żałuje, że ma dzieci, a po chwili czuje się winna, że ma takie myśli. Oto materiały na sesje terapeutyczne. Wobec tego robię wszystko, co mogę, aby ludzie ci mogli zdać sobie sprawę z tego, że mają prawo do swoich uczuć, że ich uczucia nie są ani złe, ani dobre, oraz że zdrowo jest się tak wygadać. Dr Thomas Gordon w swej wspaniałej książce "Nauka efektywnego rodzicielstwa" (Parent Effectiveness Training) sugeruje stosowanie "kluczy", gdy chce się spowodować, aby dzieci więcej o sobie mówiły. Ale mają to być takie "klucze", które jednocześnie zapewniają dzieci, że wysłucha się ich bez osądzania. Oto one: "Naprawdę?" "Aha, tak to zrobiłeś." "To ciekawe." "Powiedz coś więcej o tym." "Ciekawa jestem twojego zdania na ten temat." "Zdaje mi się, że jest to dla ciebie ważne."


Fragment książki Alan Loy McGinnis „Sztuka Przyjazni"

środa, 21 października 2015

Zdrowie

 Jak mam się uporać ze swymi zdrowotnymi kłopotami? Chronicznych dolegliwości mam już tyle, że starczyłoby na całe życie z nawiązką. Dlaczego doświadczam ich wszystkich teraz?
Przede wszystkim, wyjaśnijmy sobie jedno: ty je uwielbiasz. Przynajmniej większość z nich. W sposób godny podziwu posługujesz się nimi, aby wzbudzić dla siebie litość i zwrócić na siebie uwagę.
Tych kilka wyjątków, to przypadki, które zaszły za daleko. Dalej, niż zakładałeś w swoich przewidywaniach, gdy powoływałeś je do istnienia. Trzeba zrozumieć, co zapewne już zresztą wiesz, że wszelkie choroby pochodzą od was samych. Nawet medycyna konwencjonalna zaczyna przyjmować do wiadomości, że ludzie sami wpędzają się w choroby. Większość czyni to bezwiednie. (Nawet nie zdają sobie sprawy, co robią). Wiec kiedy zachorują, nie wiedza, czemu to przypisać. Mają wrażenie, jakby to na nich skądś spadło, nie widza w tym swojego udziału.Dzieje się tak, gdyż ludzie przeważnie są nieświadomi i nie dotyczy to wyłącznie kwestii zdrowotnych i pochodnych. Ludzie palą papierosy i dziwią się, że chorują na raka. Spożywają padlinę i tłuszcz i dziwią się, że cierpią na niewydolność krążenia. Przez całe życie się złoszczą i dziwią się, że dostają ataku serca. Rywalizują z innymi – w sposób bezwzględny, w warunkach ogromnego stresu i dziwią się, że następuje wylew.Prawda, bynajmniej nie oczywista, wygląda tak, że ludzie na ogół zamartwiają się na śmierć. Martwienie się jest chyba najbardziej szkodliwą forma działalności umysłowej – obok nienawiści, która powoduje samospalanie. Martwienie się jest działaniem jałowym, to marnotrawstwo energii umysłu, które dodatkowo wytwarza w ciele szkodliwe reakcje biochemiczne, odpowiedzialne za niemal wszystkie schorzenia, od niestrawności do zawału. Stan zdrowia poprawi się natychmiast, gdy przestaniecie się martwić, umartwiać. Martwienie się to przejaw działania umysłu, który nie rozumie, jakie związki łączą go ze Mną. Nienawiść to najbardziej niszczycielski stan umysłowy. Zatruwa całe ciało i powoduje właściwie nieodwracalne skutki. Lęk stanowi dokładne przeciwieństwo twej prawdziwej istoty, dlatego godzi w twoje zdrowie psychiczne i fizyczne. Strach to martwienie się do potęgi.
Nienawiść, strach, martwienie się – wraz ze stanami pochodnymi – niepokojem, goryczą, niecierpliwością, oschłością, skłonnością do osądzania i potępiania – atakują ciało na poziomie komórkowym. Trudno zachować zdrowie w takich warunkach. Podobnie – choć w mniejszym stopniu do choroby czy utraty dobrego samopoczucia prowadzą próżność, zarozumiałość i rozpasanie. Choroba powstaje w umyśle.
Jak to? A infekcje? Na przykład przeziębienie czy nawet AIDS? W życiu nie może zaistnieć nic, co najpierw nie było myślą. Myśli są niczym magnesy, przyciągają skutki. Mogą nie zawsze być świadome i w sposób jawny sprawcze: “Mam zamiar zarazić się jakąś straszną chorobą" czy coś w tym rodzaju. Pierwotna myśl jest daleko bardziej subtelna. (“Nie zasługuje na to, aby żyć.") (“Nic mi w życiu nie wychodzi.") (“Jestem przegrany.") (“Bóg mnie ukarze.") (“Mam już dość takiego życia.") Myśli choć tak ulotne, kryją w sobie potężny ładunek energii. Słowa są mniej ulotne, bardziej zbite. Największą gęstość posiadają czyny. Czyny to energia zaklęta w ciężką fizyczną postać, puszczona w ruch. Kiedy obmyślasz, wypowiadasz i odgrywasz negatywny scenariusz w rodzaju: “Jestem przegrany", wprawiasz w ruch ogromną energie. Nic dziwnego, że łapie cię przeziębienie. To dopiero przedsmak tego, co może się zdarzyć. Trudno odwrócić następstwa negatywnego myślenia, kiedy już przyjęły fizyczną postać. Nie jest to rzecz niemożliwa ale nader trudna. Trzeba niezwykłej wiary. Ogromnej ufności w dobroczynną potęgę wszechświata – obojętnie, czy nazwiesz ją Bogiem, Boginią, Pierwszą Przyczyną, Pierwotną Siła, Nieruchomym Środkiem. Taka wiarę posiadają uzdrowiciele. Graniczy ona z Absolutna Wiedza. Oni wiedzą, że przeznaczona ci jest pełnia, doskonałość w tej właśnie chwili. Wiedza ta stanowi myśl, potężna, zdolną poruszyć góry, nie mówiąc o cząsteczkach twojego ciała. Dlatego uzdrowiciele często potrafią leczyć, nawet na odległość. Dla myśli odległość nie istnieje. Obiega świat i przemierza kosmos szybciej, niż zdążysz wypowiedzieć słowo.
“Powiedz tylko słowo, a mój sługa będzie uzdrowiony." I tak się stało, w tej samej godzinie, nawet zanim padło ostatnie słowo. Taka była wiara rzymskiego setnika. Lecz wy jesteście niczym trędowaci na umyśle. Zżerają was od środka złe myśli. Niektóre są wam narzucane. Wiele jest jednak waszym wytworem – powołujecie je do istnienia i hodujecie, godzinami, tygodniami, latami. ...i dziwicie się, skąd u was te choroby. Możesz “uporać się ze swoimi zdrowotnymi kłopotami", jak to ująłeś, uzdrawiając swoje myślenie. Tak, możesz wyleczyć niektóre dolegliwości, na które już zapadłeś (sprowadziłeś na siebie), jak również zapobiec rozwinięciu się nowych. Możesz tego wszystkiego dokonać przez zmianę myślenia.
Poza tym, a mówię to niechętnie, ponieważ w ustach Boga zabrzmi to nieco przyziemnie, ale – na miłość Boska, dbaj o siebie bardziej. Traktujesz swoje ciało po macoszemu, zwracasz na nie uwagę dopiero, gdy nabierzesz podejrzeń, że coś się w nim psuje. Nie stosujesz żadnej profilaktyki. Lepiej troszczysz się o swój samochód niż o ciało. Nie udaje ci się zapobiec załamaniom pomimo regularnych badań i wizyt u lekarza
(po co właściwie chodzisz do lekarza, skoro i tak nie stosujesz się do jego zaleceń?
Czy możesz Mi odpowiedzieć?) – a w przerwach miedzy tymi jałowymi wizytami dopuszczasz się wobec swojego ciała karygodnych wykroczeń i zaniedbań. Nie ćwiczysz, wiec ciało wiotczeje i co gorsza, słabnie.
Nie odżywiasz go właściwie, co jeszcze bardziej je osłabia. Potem pakujesz w nie toksyny, trucizny i najbardziej niedorzeczne substancje, które uchodzę za żywność. A mimo to ten wspaniały silnik ciągle ci służy, prze do przodu na przekór tej zniewadze. To straszne. Wymagasz od swego ciała sprawności w tak okropnych warunkach. I nie zrobisz nic, aby to poprawić, a jeśli w ogóle, to i tak niewystarczająco. Przeczytasz te słowa, przyznasz mi ze smutkiem racje i zaraz powrócisz do swych wyniszczających nawyków. A wiesz dlaczego? Boję się zapytać. Ponieważ nie ma w tobie woli życia. To ciężkie oskarżenie.
Nie jest Moim celem cię oskarżać. Ze słowem “oskarżenie" kojarzy się “wina", a z “wina" wykroczenie. Wykroczenie nie ma tu nic do rzeczy, wiec nie ma żadnej winy ani oskarżenia. Po prostu stwierdziłem prawdę. Jak wszystkie stwierdzenia prawdy, działa trzeźwiąco. Ale niektórzy ludzie nie chcą wytrzeźwieć, a właściwie większość. Wolą roić, śnić na jawie. Świat znalazł się w obecnym położeniu, ponieważ niemal wszyscy chodzą po nim jak we śnie. A co się tyczy Mojego stwierdzenia, to w czym skłamałem? Przecież nie ma w tobie woli życia. A przynajmniej nie było do tej pory. Zresztą, miało ono tobą wstrząsnąć. Gdy ktoś śpi, czasami trzeba nim potrząsnąć, aby wyrwać go ze snu. Dawałeś już w przeszłości dowody na to, że niewiele miałeś w sobie woli życia. Teraz możesz się wypierać, ale twoje czyny przemawiają dobitniej niż słowa. Jeśli choć raz w życiu zapaliłeś papierosa,a tym bardziej, przez dwadzieścia lat wypalałeś paczkę dziennie – to wniosek stad, że nie zależy ci na życiu. Nie obchodzi cię, co wyprawiasz ze swoim ciałem.
Ale przecież rzuciłem palenie dziesięć lat temu! Dopiero po dwudziestu latach morderczej walki. I jeśli kiedykolwiek wziąłeś do ust alkohol, nie zależy ci na życiu. Piję w umiarkowanych ilościach.
Ciało nie jest przeznaczone do przyjmowania alkoholu. To mąci umysł. Ale Jezus pił alkohol! Na weselu zamienił wodę w wino! Kto mówi, że Jezus był doskonały? Och, na miłość Boską. Czyżbym wyprowadził cię z równowagi? Gdzieżbym śmiał zdenerwować się na Boga? To znaczy, byłoby to zuchwalstwem, prawda? Ale mimo wszystko uważam, że to przesada. Ojciec uczył mnie: “wszystko w rozsądnych granicach". I tego się trzymałem, jeśli chodzi o alkohol. Ciało szybciej dochodzi do siebie, jeśli uderzenie było o umiarkowanej sile. Dlatego z tej zasady może być jakiś pożytek. 'Niemniej, obstaję przy swoim pierwotnym stanowisku: ciało nie jest przeznaczone do przyjmowania alkoholu. Ale spirytus wchodzi nawet w skład niektórych lekarstw! Nie mam wpływu na wasza medycynę. Podtrzymuję to, co powiedziałem.
Aleś Ty sztywny. Słuchaj, prawda jest prawdą. Gdyby ktoś powiedział: “Trochę alkoholu ci nie zaszkodzi" i odniósł to stwierdzenie do życia, jakie obecnie prowadzisz, musiałbym przyznać mu racje. Ale to w niczym nie zmienia prawdy tego, co powiedziałem. Po prostu pozwala ja pominąć. Zastanów się jednak. Obecnie wy, ludzie, zużywacie swoje ciała przeciętnie miedzy pięćdziesiątym a osiemdziesiątym rokiem życia. Niektóre ciała trwają dłużej, inne przestają funkcjonować szybciej, ale nie większość. Zgadzamy się co do tego? Tak. W porządku, mamy wiec jakiś punkt wyjścia. Otóż, kiedy powiedziałem, że mógłby uznać za słuszne stwierdzenie, że “trochę alkoholu ci nie zaszkodzi", dodałem zastrzeżenie “w odniesieniu do życia, jakie obecnie prowadzisz". Wy ludzie wydajecie się zadowoleni ze swojego obecnego życia. Może was to zdziwi, ale nie tak miało wyglądać wasze życie. A wasze ciała miały wystarczyć na dłużej, o wiele dłużej.
Czyżby? Tak. Na jak długo? Nieskończenie długo. Co to oznacza? Znaczy to, mój synu, że twoje ciało miało ci służyć bez końca. Bez końca? Tak. Po wsze czasy. Chcesz powiedzieć, że nie mieliśmy umierać?
Nigdy naprawdę nie umieracie. Życie jest wieczne. Wy jesteście nieśmiertelni. Nie umieracie, po prostu zmieniacie postać. Ale nawet tego nie musieliście robić. Sami tak postanowiliście, nie Ja. Ja stworzyłem dla was ciała wiecznotrwałe. Czy naprawdę uważasz, że szczytem Boskich możliwości jest ciało, które przeżywa 60, 70, może 80 lat, a potem się sypie? Czy na tym, w twoim wyobrażeniu, Moja moc twórcza się wyczerpuje? Nie ująłbym tego w ten sposób... Wymyśliłem dla was ciało na wieczność! I pierwsi ludzie w istocie żyli w ciałach, które nie znały bólu, wolni od leku przed tym, co teraz nazywacie śmiercią.
Wasz 'mity odzwierciedlają zakodowana w komórkach waszego ciała pamięć o tych pierwszych przedstawicielach rodzaju ludzkiego, którym nadaliście imiona Adam i Ewa. Byli oni, rzecz jasna, znacznie liczniejsi. Mój Boski plan wymagał, aby wasze wspaniałe dusze miały szansę poznać siebie, jakimi naprawdę są, na drodze doświadczeń zdobytych w ciele fizycznym, w świecie względności – tłumaczyłem to już tobie nie raz. Tworzenie materii, włącznie z ta, którą określasz jako ciało fizyczne, dokonywało się przez wyhamowywanie prędkości wibracji. Życie rozwinęło się etapami, w mgnieniu oka, które wy mierzycie w miliardach lat. l w jednej chwili pojawiłeś się ty, wyszedłeś z wody, kolebki życia, na lad, w swym obecnym kształcie. Więc ewolucjoniści się nie mylą! Zabawne, że wy, ludzie, odczuwacie taka potrzebę rozgraniczania wszystkiego, ustalania, po której stronie stoi racja. Nigdy nie przychodzi wam do głowy, że sami stworzyliście te wyznaczniki. Nie mieści się wam w głowach (jedynie w co znakomitszych umysłach), że coś może być zarazem słuszne i nie, że wybór miedzy jednym a drugim jest wyłącznie właściwością świata względności. W świecie absolutu, czasu-bezczasu, wszelkie rozróżnienia znikają. Nie ma tego, co żeńskie i tego, co męskie, nie ma przedtem i potem, szybko i wolno, tu i tam, na górze i w dole, po prawej i po lewej – nie ma też rzeczy słusznych i mylnych. Czegoś zbliżonego doznali wasi astronauci. Wyobrażali sobie, że lecą do góry, w kosmos. A gdy znaleźli się w kosmosie, okazało się, że patrzą na "Ziemie z dołu. Ale czy naprawdę? Może patrzyli na Ziemię z góry! A gdzie było słońce? Na górze? W dole? Nie, tam po lewej. Nagle odniesienia w górę, w dół straciły racje bytu – istniało tylko z boku ...i wszelkie rozróżnienia zniknęly.

Fragment książki N.D.Welsch „Rozmowy z Bogiem”

Co mogą rodzice przekazać dzieciom.

Moje zadanie polega na dokładności diagnostyki, umiejętności przeanalizowania sytuacji i znalezienia praprzyczyny. Choroba - to czerwone światło sygnalizujące, że człowiek „nie tędy idzie". My rozpatrywaliśmy ją zawsze jako katastrofę, staraliśmy się ją usunąć, a Choroba, faktycznie, uprzedza nas o błędach i pracuje na nasze zbawienie. Człowiek, cierpiąc i męcząc się, powinien uświadomić sobie naruszenia, jakich się dopuścił, doskonalić się duchowo, szukać nowych dróg rozwoju. To pobudziło mnie do zbadania parametrów duchowości człowieka. Moją metodę badania karmy można nazwać „graficznym jasnowidzeniem". Widzę ja nie tyle same wydarzenia, ile prawa, które zostały naruszone, widzę w abstrakcyjnej formie, co się wydarzyło. Znając zależność człowieka od struktury pola, analizowałem związki pomiędzy zachowaniem się, etycznym nastawieniem, zdrowiem, formą deformacji struktur i - poprzez uświadomienie tych naruszeń - leczyłem. Używałem klasycznego pojęcia karmy, myśląc, że w tym życiu lub w jednym z wcześniejszych wcieleń człowiek coś naruszył (wykroczył) - i teraz choruje. Ponieważ wgląd we wcześniejsze życie człowieka jest bardzo złożony, zadowalałem się wglądem w jedno życie, i efekt był lepszy, niż przy oddziaływaniu rękami. Co prawda były drobne niuanse. Kiedy mi przynoszono dwu-trzy miesięczne dziecko ciężko chore, oczywiście najprościej było by powiedzieć, że w przeszłym życiu nagrzeszyło i teraz się rozlicza. Lecz widziałem, że deformacja struktury pola dziecka jest zbieżna z deformacją struktury pola matki, i dlatego nasuwał się wniosek, że struktury pola przekazują dzieciom rodzice.Było to odkrycie nowego mechanizmu przekazywania dziedziczonej informacji. Kiedy korygowałem deformacje pola materii, dziecko na oczach zdrowiało. Zrozumiałem, na ile zależy zdrowie dziecka od postępowania matki, zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich lat przed jego urodzeniem. Silną nienawiść, doświadczana w czasie ciąży, w zasadzie jest przyczyną uszkodzeń dziecka lub choroby organów, umiejscowionych w głowie: mogą rozwinąć się problemy ze wzrokiem, słuchem. Silna obraza matki powoduje, że dziecko jest człowiekiem obrażalskim. Postępowanie matki określa los i zdrowie przyszłego człowieka. Ojcowskiej linii na początku nie dawałem znaczenia, dopiero później zrozumiałem, że odpowiedzialni za ciało i duch dziecka są i matka i ojciec w równym stopniu. Rodzice przekazują dzieciom absolutnie pełną informację o swoim zachowaniu i postępowaniu swoich przodków, z tej informacji składa się (kształtuje się) los dziecka, jego ciało, charakter, duchowość. Badania, które przeprowadzam, z każdym faktem potwierdzają namacalnie jedność otaczającego świata, ożywionej i nieożywionej przyrody, niższych i wyższych organizmów. Muszę powiedzieć, że czułem to zawsze, a wszystko, co działo się wokół, często potwierdzało tę jedność.Każda nowa możliwość (sposobność) obcowania z pacjentami prowadziła mnie do odkrycia nowych elementów systemu, który teraz nazywam „systemem samoregulacji pola".
System samoregulacji pola - to związek zwrotny Wszechświata. Jego sens polega na tym, że każde działanie człowieka, dobre czy złe, poprzez jedność informacyjno - energetycznego pola Wszechświata wraca do niego z powrotem.Stale słyszymy, że dobre uczynki są wynagradzane, a złe karane, ale dlaczegóż w otaczającym nas świecie nie przybywa dobrych, a tym bardziej, nie ubywa złych. Za jedno z lepszych wyjaśnień tego uważam wypowiedź Świętego Augustyna, że Bóg zawsze karze zło, ale ponieważ ten proces zachodzi powoli, człowiek zdąży, przed odebraniem tej kary, jeszcze nagrzeszyć. To wyjaśnienie w pełni zgadza się z zasadą działania mechanizmu przekazywania informacji przez struktury pola.Dla mechanizmu samoregulacji pola nie ma pojedynczego człowieka, lecz negatywny proces, który trzeba zatrzymać, i mechanizm blokady tego procesu włącza się automatycznie.Wcześniej mechanizm karania rozciągał się na kilka pokoleń i zaczął przejawiać się poprzez choroby i nieszczęścia wnuków i prawnuków, albo w następnych wcieleniach człowieka. Teraz szybkość tych procesów wzrosła na tyle, że człowiek zdąży rozliczyć się za swoje uczynki już w tym życiu - i swoim zdrowiem, i zdrowiem dzieci.Zaplata zdrowiem dzieci wygląda absurdalnie z pozycji człowieka, ale na poziomie pola nie ma ludzi, a są idee; każdy człowiek jest zbiorem określonych programów, a mechanizm blokady działa przeciwko groźnym dla świata ideom i programom. Dziecko wzmacnia wszystkie programy rodziców, dlatego też rozlicza się ono ciężej, co prawda w ostatnich pięciu latach bardzo wzrosła i osobista odpowiedzialność każdego człowieka. Przyczyn tego zjawiska na razie nie mogę zrozumieć. Dzieci są szkłem powiększającym wady świata dorosłych. Wielu zauważało, że dziecko w obecności rodziców zachowuje się o wiele gorzej, niż z obcymi ludźmi, kiedy to staje się ciche i posłuszne, l w większości przypadków jest to też działanie karmicznego mechanizmu . W obcowaniu dziecka z rodzicami zachodzi wzmocnienie i aktywacja zarówno pozytywnych, jak i negatywnych programów, które przekazali mu rodzice poprzez pole. Ostatnimi czasy, badając różne problemy odkryłem, że nie tylko dzieci dziedziczą karmę rodziców, ale i rodzice odpowiadają na poziomie pola za zachowania i uczynki dzieci. Obecnie, już od wieku ośmiu i pół lat dziecka myśli, słowa i zachowanie wpływają na stan pola, to znaczy - na ducha, los, zdrowie rodziców. Dwa tysiące lat temu tenże proces zaczynał się w wieku dziecka 13-14 lat.

Fragment pochodzi z książki
" Diagnostyka karmy " Łazariew